"Dzień, zwykły dzień..."
-Vailith nie grab się, siedź prosto-powiedziała pani Bellevue wkładając sobie następny kawałek ryby znajdujący się na widelcu, do ust.-Zaraz wychodzimy, pośpiesz się- ponaglał ojciec.
Siedziałam teraz w wielkiej sali, która na ogół służy nam jako jadalnia, ale czasem zamienia się w salę spotkań, małych balów.Był poranek, a ja jadłam śniadanie, jak zawsze pieczony okoń. Nie odczuwałam dzisiejszego dnia nadzwyczaj szczególnie, jak dla mnie jest to dzień.............jak co dzień.
Zdjęłam chustkę z kolan i podałam Maryl, która podbiegła do mnie na swoich krótkich nóżkach, stukając obcasami w kafelki zrobione z najdroższego tworzywa jakie można znaleźć w dystrykcie 1.
-Idziemy?-zapytał ojciec podając ramię pani Bellevue, a ona je ujęła i ruszyli do wyjścia.
-Vailith, idziesz?-zapytała wzniosłym tonem szczerząc swoje białe zęby.
-Do gonie was-odparłam.
Błądziłam widelcem po talerzu zamyślając się dlaczego, dlaczego moja matka musiała odejść do innego i zostawić mnie z tą żmiją.Pamiętam jak tłumaczyła mi, że jeśli pójdę z nią będziemy wiązać koniec z końcem, a jeśli zostanę będę miała dogodne życie.Obiecywała, że jak trochę się podniesie z jej sytuacji, to zabierze mnie stąd, ale jak na razie nie przeczuwam, że to się stanie.Pewnie myślicie, że moja macocha jest idealną kobietą, schludną, dobrze ubraną, miłą i tak dalej, jesteście w wielkim błędzie. Stara się ona pokazać mojemu ojcu, że niby bardzo mnie kocha, a ja ją. Ja osobiście uważam, że ona jest z tatą, tylko dla jego pieniędzy, sama jest bezrobotna i żyje tylko na jego utrzymanie.
-Vail, radzę ci się zbierać, strażnicy nie lubią spóźnień-powiedziała Maryl sprzątając po śniadaniu.
-Pomogę ci- za proponowałam.
-Nie trzeba, to jest moja praca- obdarowała mnie swoim ciepłym uśmiechem.-chcę tylko tego żeby nic ci si nie stało, pamiętaj, że masz mnie.
Odwzajemniłam uśmiech i wybiegłam z domu.Maryl zawsze zastępowała mi matkę, to ona jest tą osobą, przez którą jeszcze nie uciekłam z tego domu.Zawsze mi pomagała i przy niej czułam się lepiej.
Droga na Plac nie była wcale taka długa, musiała przejść tylko przez most i już stamtąd można było zauważyć pożółkłe flagi przywiezione dawno temu z Kapitolu. Z trudem poruszałam się w kremowej sukni, uszytej przez Lolitę, jedną z najlepszych krawcowych w Panem. Kupiłam ją na targu znajdującym się pod owym właśnie mostem. Są tam osuszone, ogromne studzienki, dlatego ludność postanowiła stworzyć tam targ, Kapitol stanowczo zabrania takich zbiorowisk, dlatego chowamy się jak możemy. Ojciec zabrania mi tam chodzić, mówi, że to nie przystoi osobom urodzonym z tak znamienitego rodu jak nasz, ale ja uważam, że niczym nie różnimy sie od innych, chyba jestem jedyną osobą o takich odczuciach.
Powoli zbliżałam sie do kolejki na zapisy, chwilę w niej postałam gdy wreszcie nadeszła moja kolej. Ukłucie nie było dla mnie bolesne, przyzwyczaiłam się przez te kilka lat. Wolnym krokiem ruszyłam do wyznaczonego dla mnie sektoru i ustałam obok małej blondynki cieszącej się i skaczącej. Wokół mnie panowało niezmierne poruszenie, każdy wymieniał po cichu swoje poglądy i wymieniali się zdaniami kto zostanie trybutem w tegorocznych igrzyskach.
Ludność nawet nie zauważyła, że na scenę weszła wysoka kobieta próbująca zawrócić na siebie uwagę.
Przysunęła się na mikrofonu, dwa razy w niego puknęła i powiedziała:
-Ym, jestem Kolokfia Ferenchaif- przedstawiła się- i serdecznie wszystkich was witam na tegorocznych dożynkach!
Uradowanie ludzie klaskali, nie mogąc się doczekać wyboru trybutów.Chyba byłam jedyną osobą na Placu, która bała się tego wyboru, dla każdego innego był to zaszczyt, duma, wszyscy chcieli nim być.Ja odczuwałam jak ściska mnie żołądek, wiedziałam, że nie przeżyje na arenie.
-No więc, hmmm,zabierzmy się za losowanie.- ciągnęła.
Powiodła swoje zgrabne, długie nogi do pierwszego naczynia, z niego wyciągnęła zmiętoloną kartkę, rozłożyła i przeczytała:
-Peter Monachim!
Obejrzałam się i zobaczył uradowanego chłopaka, szedł w stronę podestu, podając po kolei każdemu dłoń. Miał ciemne włosy, które sterczały na wszystkie strony. Na pierwszy rzut oka, był trochę młodszy ode mnie, ale pamiętam go, jak biegał zawsze rano wokół całej wioski.Nie znałam go za bardzo, ale kiedyś udało mi się wymienić z nim dwa słowa.
Wbiegł szybkim ruchem po schodach i ustał obok Kolokfii, pogratulowała mu i zabrała się za wybranie mu towarzyszki. Jej ręka powędrowała do szklanej kuli, a tam sięgnęła dna i złapała małą karteczkę. Kobieta popatrzyła na publiczność, a następnie na kartkę, którą otworzyła.
-Vailith Bellevue!- wykrzyknęła i rozejrzała się po publice.
Osoby przede mną odwróciły sie i zaczęły klaskać.Odgrodzili mi drogę przejścia i każdy wiwatował.Moje nogi przez chwilę odmówiły posłuszeństwa i chciały uciekać, ale wiedziałam, że nie mogę. Zdecydowanym krokiem szłam przed siebie przyjmując gratulacje, od wcale nieznanych mi ludzi. Uśmiechy na ich twarzach mnie dobijały.Wspięłam się na górę sceny i podeszłam do Petera. Dopiero teraz zauważyłam, że jest ode mnie niższy,aż o głowę.Kolokfia wzięła nasze ręce i podniosła do góry.
-Peter i Vailith- trybuci 4 dystryktu!- powiedziała.
Odwróciliśmy się i skierowaliśmy się do wielkiego budynku, gdzie strażnicy pokoju zaprowadzili nas do przydzielonych nam pokoi. Mój był bardzo podobny, do pokoju w moim domu. Pełen bibelotów, rozświetlony, i po prostu drogi. Myślałam, że nikt mnie nie odwiedzi, ale drzwi nagle sie otworzyły, a w nich stanęła Maryl. Podbiegła do mnie, pocałowała mnie w czoło i pogłaskała po głowie.
-Dowiedziałam się z radia-przytuliła mnie- nie martw się, jakoś to będzie.
-Nie boję się, mam po prostu mętlik w głowie- usprawiedliwiłam się.
Chyba już wiem, dlaczego tak jest. Cały mój dystrykt zaczynał naukę posługiwania się bronią od dziecka, ale mój ojciec chciał, żebym miała jak najlżejsze dzieciństwo, dlatego odwołał moja uczestnictwo w szkole treningowej, a wszystkim mówił, że mam osobistego trenera. To była bajeczka wymyślona przez Karisę, żeby inni nie plotkowali, o tym, że nie umiem posługiwać się nawet nożem.Taka jest niestety prawda, umiem jedynie tworzyć haczyki z byle czego, ale to nie pomoże mi przetrwać na arenie. Eh, a ja głupia myślałam, że będzie to dzień, zwykły dzień...
![]() |
| Kolokfia Rawen |
















