sobota, 27 kwietnia 2013

Rozdział 2

"Dzień, zwykły dzień..."
-Vailith nie grab się, siedź prosto-powiedziała pani Bellevue wkładając sobie następny kawałek ryby znajdujący się na widelcu, do ust.
-Zaraz wychodzimy, pośpiesz się- ponaglał ojciec.
Siedziałam teraz w wielkiej sali, która na ogół służy nam jako jadalnia, ale czasem zamienia się w salę spotkań, małych balów.Był poranek, a ja jadłam śniadanie, jak zawsze pieczony okoń. Nie odczuwałam dzisiejszego dnia nadzwyczaj szczególnie, jak dla mnie jest to dzień.............jak co dzień.
Zdjęłam chustkę z kolan i podałam Maryl, która podbiegła do mnie na swoich krótkich nóżkach, stukając obcasami w kafelki zrobione z najdroższego tworzywa jakie można znaleźć w dystrykcie 1.
-Idziemy?-zapytał ojciec podając ramię pani Bellevue, a ona je ujęła i ruszyli do wyjścia. 
-Vailith, idziesz?-zapytała wzniosłym tonem szczerząc swoje białe zęby.
-Do gonie was-odparłam.
Błądziłam widelcem po talerzu zamyślając się dlaczego, dlaczego moja matka musiała odejść do innego i zostawić mnie z tą żmiją.Pamiętam jak tłumaczyła mi, że jeśli pójdę z nią będziemy wiązać koniec z końcem, a jeśli zostanę będę miała dogodne życie.Obiecywała, że jak trochę się podniesie z jej sytuacji, to zabierze mnie stąd, ale jak na razie nie przeczuwam, że to się stanie.Pewnie myślicie, że moja macocha jest idealną kobietą, schludną, dobrze ubraną, miłą i tak dalej, jesteście w wielkim błędzie. Stara się ona pokazać mojemu ojcu, że niby bardzo mnie kocha, a ja ją. Ja osobiście uważam, że ona jest z tatą, tylko dla jego pieniędzy, sama jest bezrobotna i żyje tylko na jego utrzymanie.
-Vail, radzę ci się zbierać, strażnicy nie lubią spóźnień-powiedziała Maryl sprzątając po śniadaniu.
-Pomogę ci- za proponowałam.
-Nie trzeba, to jest moja praca- obdarowała mnie swoim ciepłym uśmiechem.-chcę tylko tego żeby nic ci si nie stało, pamiętaj, że masz mnie.
Odwzajemniłam uśmiech i wybiegłam z domu.Maryl zawsze zastępowała mi matkę, to ona jest tą osobą, przez którą jeszcze nie uciekłam z tego domu.Zawsze mi pomagała i przy niej czułam się lepiej.
Droga na Plac nie była wcale taka długa, musiała przejść tylko przez most i już stamtąd można było zauważyć pożółkłe flagi przywiezione dawno temu z Kapitolu. Z trudem poruszałam się w kremowej sukni, uszytej przez Lolitę, jedną z najlepszych krawcowych w Panem. Kupiłam ją na targu znajdującym się pod owym właśnie mostem. Są tam osuszone, ogromne studzienki, dlatego ludność postanowiła stworzyć tam targ, Kapitol stanowczo zabrania takich zbiorowisk, dlatego chowamy się jak możemy. Ojciec zabrania mi tam chodzić, mówi, że to nie przystoi osobom urodzonym z tak znamienitego rodu jak nasz, ale ja uważam, że niczym nie różnimy sie od innych, chyba jestem jedyną osobą o takich odczuciach.
Powoli zbliżałam sie do kolejki na zapisy, chwilę w niej postałam gdy wreszcie nadeszła moja kolej. Ukłucie nie było dla mnie bolesne, przyzwyczaiłam się przez te kilka lat. Wolnym krokiem ruszyłam do wyznaczonego dla mnie sektoru i ustałam obok małej blondynki cieszącej się i skaczącej. Wokół mnie panowało niezmierne poruszenie, każdy wymieniał po cichu swoje poglądy i wymieniali się zdaniami kto zostanie trybutem w tegorocznych igrzyskach.
Ludność nawet nie zauważyła, że na scenę weszła wysoka kobieta próbująca zawrócić na siebie uwagę.
Przysunęła się na mikrofonu, dwa razy w niego puknęła i powiedziała:
-Ym, jestem Kolokfia Ferenchaif- przedstawiła się- i serdecznie wszystkich was witam na tegorocznych dożynkach!
Uradowanie ludzie klaskali, nie mogąc się doczekać wyboru trybutów.Chyba byłam jedyną osobą na Placu, która bała się tego wyboru, dla każdego innego był to zaszczyt, duma, wszyscy chcieli nim być.Ja odczuwałam jak ściska mnie żołądek, wiedziałam, że nie przeżyje na arenie.
-No więc, hmmm,zabierzmy się za losowanie.- ciągnęła.
Powiodła swoje zgrabne, długie nogi do pierwszego naczynia, z niego wyciągnęła zmiętoloną kartkę, rozłożyła i przeczytała:
-Peter Monachim!
Obejrzałam się i zobaczył uradowanego chłopaka, szedł w stronę podestu, podając po kolei każdemu dłoń. Miał ciemne włosy, które sterczały na wszystkie strony. Na pierwszy rzut oka, był trochę młodszy ode mnie, ale pamiętam go, jak biegał zawsze rano wokół całej wioski.Nie znałam go za bardzo, ale kiedyś udało mi się wymienić z nim dwa słowa.
 Wbiegł szybkim ruchem po schodach i ustał obok Kolokfii, pogratulowała mu i zabrała się za wybranie mu towarzyszki. Jej ręka powędrowała do szklanej kuli, a tam sięgnęła dna i złapała małą karteczkę. Kobieta popatrzyła na publiczność, a następnie na kartkę, którą otworzyła.
-Vailith Bellevue!- wykrzyknęła i rozejrzała się po publice.
Osoby przede mną odwróciły sie i zaczęły klaskać.Odgrodzili mi drogę przejścia i każdy wiwatował.Moje nogi przez chwilę odmówiły posłuszeństwa i chciały uciekać, ale wiedziałam, że nie mogę. Zdecydowanym krokiem szłam przed siebie przyjmując gratulacje, od wcale nieznanych mi ludzi. Uśmiechy na ich twarzach mnie dobijały.Wspięłam się na górę sceny i podeszłam do Petera. Dopiero teraz zauważyłam, że jest ode mnie niższy,aż o głowę.Kolokfia wzięła nasze ręce i podniosła do góry.
-Peter i Vailith- trybuci 4 dystryktu!- powiedziała.
Odwróciliśmy się i skierowaliśmy się do wielkiego budynku, gdzie strażnicy pokoju zaprowadzili nas do przydzielonych nam pokoi. Mój był bardzo podobny, do pokoju w moim domu. Pełen  bibelotów, rozświetlony, i po prostu drogi. Myślałam, że nikt mnie nie odwiedzi, ale drzwi nagle sie otworzyły, a w nich stanęła Maryl. Podbiegła do mnie, pocałowała mnie w czoło i pogłaskała po głowie.
-Dowiedziałam się z radia-przytuliła mnie- nie martw się, jakoś to będzie.
-Nie boję się, mam po prostu mętlik w głowie- usprawiedliwiłam się.
Chyba już wiem, dlaczego tak jest. Cały mój dystrykt zaczynał naukę posługiwania się bronią od dziecka, ale mój ojciec chciał, żebym miała jak najlżejsze dzieciństwo, dlatego odwołał moja uczestnictwo w szkole treningowej, a wszystkim mówił, że mam osobistego trenera. To była bajeczka wymyślona przez Karisę, żeby inni nie plotkowali, o tym, że nie umiem posługiwać się nawet nożem.Taka jest niestety prawda, umiem jedynie tworzyć haczyki z byle czego, ale to nie pomoże mi przetrwać na arenie. Eh, a ja głupia myślałam, że będzie to dzień, zwykły dzień...

Kolokfia Rawen


wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział 1

"Przezroczyste cienie"
Kap..................kap................kap........... Siedziałam na małym, drewnianym stołku i zamyślona wpatrywałam się w krople deszczu spadające z rynny. To dzisiaj. Tak, dzisiaj, wybory trybutów na następne, 41 Głodowe Igrzyska. Nikt nie mógł sie otrząsnąć jeszcze po ostatnich , zginęła wtedy moja przyjaciółka, Ginna. Była to chyba największa rzeź spośród wszystkich igrzysk, na każdym kroku leżał trup.Nie chcę odczuć tego na własnej skórze, a szczególnie martwię się o mojego brata, jest niewidomy i gdy tylko trafi na arenę, zginie. Kocham go i nie chcę go stracić, ochronię go przed tym, nawet własnym kosztem.
-Jesteś gotowa?- przerwała ciszę moja mama.
Pokiwałam znacząco głową i przygryzłam dolną wargę patrząc tempo w podłogę. Miałam na sobie białą sukienkę, którą zawsze zostawiałam na specjalne okazje i skórzane buty. Wstałam i otrzepałam się, gdy do pokoju wszedł Ksaniel w kremowej koszuli i eleganckich spodniach.
-To co idziemy?- powiedział wesołym głosem.
-Dlaczego sie cieszysz?-zapytała zdumiona.
-Życie nie jest po to by się dołować,tylko łapać każdą chwilę jaką mamy. Skąd wiesz czy nie zostaniesz wybrany? Chce dobrze wykorzystać to ile może zostać mi życia- odparł i sięgnął po swoją torbę.
Wzięłam go pod rękę i ruszyliśmy w stronę Placu,po drodze mijaliśmy małe dzieciaki biegające wokół drzew. One jeszcze nie wiedzą co sie teraz dzieje i przez co będą przechodzić za kilka lat. Na Placu było mnóstwo ludzi. Po jednej stronie były zapisy, a po drugiej wszyscy ustawiali sie na swoich miejscach. Ksaniel odprowadził mnie do mojej kolejki, popatrzył mi w oczy i powiedział:
-Nieważne co się stanie, pamiętaj, nie pozwól pokazać że się boisz, bądź dzielna, wierzę w ciebie- złapał mnie za ręce- ja już pójdę, jeszcze zaraz mnie zamkną za byle co, spokojnie znam drogę, zapamiętałem ją przez te kilka lat.
Odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Ten rok dla mnie i dla niego jest decydującym rokiem, już niedługo koniec z Igrzyskami dla nas.Jeszcze tylko......
-Następna!- krzyknął strażnik pokoju i zapisał coś w swoim dzienniku.
Podeszłam do biurka, podałam rękę, a on wziął ją i wbił mi w palec małą igłę. Z mojego palce wypłynęła mała kropla krwi, która później znalazła się na śnieżno białej kartce, tuż obok mojego imienia.Odeszłam od blatu i udałam się w stronę tłumu. Zaczęłam rozglądać się za moją matką, ale tam każdy wyglądał identycznie i trudno było mi wszystkich rozróżnić.Nagle ktoś złapał mnie za rękę i przytulił z całej siły.
-Spokojnie, nie martw się, jestem przy tobie- wyszeptał do ucha.
-Diruco, jak się cieszę, że mnie znalazłeś-wtuliłam się w jego ramię.
-Ehem, RAZ, DWA, RAZ, DWA- odezwał się głos w głośnikach.- Witam wszystkich przybyłych na dożynkach!
Na wysokim podeście z kamienia stała drobna i uśmiechnięta kobieta, ubrana w  suknię w romby z kołnierzem z kilkuwarstwowej koronki.Biła od niej taka radość nieznana wcześniej mieszkańcom 9 dystryktu. Na początku ceremonii puszczony był film, ten sam film co leci rok w rok. Mówił o wybuchu rebelii i tym, że Kapitol nie godzi się na takie traktowanie, dlatego co roku każdy dystrykt składa daninę w postaci kobiety i mężczyzny, i tak 24 na walczą na śmierć i życie. Przetrwasz-zwyciężysz.
-A więc- zaświergotał piskliwy głos- pora na losowanie!
Kobieta wolnym krokiem podeszła do kolumny, na której postawiona była wielka szklana kula, w niej znajdowały się imiona i nazwiska wszystkich ludzi zamieszkujących dany dystrykt.W jednej chwili na plecach poczułam zimny pot, a nogi same mi się uginały.  Wokół panowała niezmierna cisza. Złapałam Diruca za rękę i poczułam drżenie jego dłoni.Avira, bo tak miała na imię kobieta przysłana z Kapitolu, włożyła swoją kościstą rękę do naczynia i jej dłoń zanurkowała w kartkach, po czym wyciągnęła jedną z nich i uradowana przeczytała:
-Ksaniel Moonlight!-wykrzyknęła i spojrzała w stronę tłumu.
Przeszedł mnie przeszywający ciało dreszcz, a jednak. Rozglądałam się, aż natrafiłam na strażników pokoju idących w stronę wysokiego chłopaka. Tak, to mój brat.
-Zgłaszam się na trybuta- powiedziałam po cichu, a następnie głośniej, aż usłyszała mnie Avira.
Z początku nie wiedziałam co się dzieje, te słowa wypłynęły ze mnie od tak.Nie spodziewałam się tego, ale to wypłynęło z mojego serca. Ruszyłam biegiem w stronę brata, a on objął mnie i powiedział po cichu:
-Nie pozwolę ci tego zrobić.
-Czy ja cie pytałam o zdanie? Powiem tylko tyle, opiekuj sie matką-odparłam i poszłam w stronę kamiennego podestu.
-O mamy ochotniczkę, choć skarbie-zwróciła się do mnie Avira.
Weszłam po stromych schodach z drżącymi nogami spoglądając na wszystkich.
-Jak się nazywasz kochanie?
-Elien Moonlight- wyjąkałam.
Nagle rozbrzmiały wstydliwe brawa, a ja zobaczyłam w oczach Ksaniela łzy. Czuję, że dobrze zrobiłam.
-A więc teraz wybieramy jeszcze pana- powiedziała Avira i skierowała się w stronę postumentu, który znajdował się po drugiej stronie podestu.
-Diruco Chaffner!-wyciągnęła karteczkę i przeczytała na głos.
Wryło mnie w ziemię. Jak to się stało spośród całego 9 dystryktu musiało wypaść na nas. Nie mogę w to uwierzyć, widząc zmartwioną twarz Diruca chce mi się płakać. Na jego twarzy widziałam grymas jakiego nigdy w życiu nie dostrzegłam. To był lęk.
Ludność odsunęła się robiąc mu przejście, a on chwiejnym krokiem podążył przed siebie.Pokonał schody i ustał obok mnie jego dolna warga drżała a oczy były rozbiegane.Nigdy nie widziałam go w takim stanie.
-Oto nasi reprezentanci podczas 41 Głodowych Igrzysk.
Otworzyły się za nami drzwi, a strażnicy pokoju pokierowali nas do pokoi.Nie było tam praktycznie nic, prócz starego łóżka, biurka i krzesła.Usiadłam na łóżku i tępym wzrokiem wpatrywałam się w podłogę. To wszystko zaszło tak szybko, jakby mrugnąć okiem. Muszę się jakoś pogodzić z tym żę pewnie już tu więcej nie wrócę.
Nieoczekiwanie do moich drzwi wparowała Ksaniel i moja mama, cała zapłakana.
-Nie płacz dam sobie radę-zwróciłam się do matki i przytuliłam ja powstrzymując łzy.
-Posłuchaj mnie- brat wziął mnie za barki-to co się stanie, to będzie krwawa rzeź, nie daj się do tego wciągnąć, bądź dla nich, jak cień, przezroczysty cień. Chcę żebyś zrobiła dla mnie jedną, jedyną rzecz, przeżyj.
Drzwi ponownie się otworzyły, lecz tym razem pojawiła się osoba, którą za żadne skarby nie chciałam widzieć.
-Złotko, przepraszam- zaczęła Avira- ale odwiedziny się skończyły, musimy się zaraz zbierać.
Ksaniel razem z matką wyszli pocieszając się nawzajem. W głowie huczały mi tylko słowa brata- "Zrób coś dla mnie, przeżyj"

Avira Hasanow

niedziela, 21 kwietnia 2013

BOHATEROWIE

BOHATEROWIE

ELIEN MOONLIGHT
(czyt. Elajn Munlajt)

Pochodzi z dystryktu 9.Zajmują się tam uprawą zbóż, przetwarzaniem ziarna i wyrobem pieczywa. Jest zwykłą dziewczyną, próbującą odnaleźć swojego ojca, który zaginął, gdy podczas wyboru trybutów zaszył się w  lesie. Pomaga matce jak może, ma starszego niewidomego brata, za którego zgłosiła się na trybuta, bo wiedziała, że on tego nie przeżyje. Znajduje się na arenie razem ze swoim chłopakiem z tego samego dystryktu-Diruckiem.



Wiek: 18
Broń którą umie się posługiwać: Wachlarz bojowy
Zamieszkanie: Dystrykt 9
Rodzina:
matka Courtney- pracuje w młynie
starszy brat Ksaniel- piekarz




DIRUCO CHAFFNER
 Chłopak z 9 dystryktu. Jest chłopakiem Elien i razem z nią trafia na arenę. Jego matka chciała zgłosić się na trybuta, ale nie pozwolił jej, wolał sam zginąć niż żyć bez matki.Na ogół jest żniwiarzem, ale bardzo dobrze potrafi też strzelać z łuku.
Wiek: 18 lat
Broń którą umie się posługiwać: Łuk, Kosa, Sierp
Zamieszkanie: Dystrykt 9
Rodzina:
matka Liale- pracuje w fabryce
ojciec Pieth- żniwiarz


VAILITH BELLEVUE
(czyt. Wajlif Belewiu)
Pochodzi z 4 dystryktu. Jest córką najznamienniejszego i najbogatszego kapitana po tej stronie Panem, dlatego żyje jej się w dostatku. Ojciec próbował odwołać ją jako trybuta, lecz nie udało mu się. Nie zna się na broni, ale potrafi się dobrze wspinać po drzewach i opanowała sztukę kamuflażu do perfekcji, ponadto umie wytwarzać haczyki wędkarskie.  Dziewczyna musi stawić czoła czemuś czego nigdy w życiu nie doświadczyła. Ale czy jej się uda?

 Wiek: 17 lat
Broń którą umie się posługiwać:---------
Zamieszkanie: Dystrykt 4
Rodzina:
matka Eywen- pracuje w fabryce wyrobu sieci
macocha Karisa- bezrobotna
ojciec Leyige(czyt, Lejdż)- kapitan statku


 Marnie Limith

 Pochodzi z 9 dystryktu.Jest zwyciężczynią X Głodowych Igrzysk, ale nie chwali się tym za bardzo. Jako jedna z niewielu osób nie zwariowała, ani nie popadła w nałogi, po igrzyskach. Mentorka Elien i Diruca, współczująca, doświadczona, interesuje się trybutami i chce zrobić wszystko by przeżyli. Jest wdową, jej mąż zginął podczas żniw spłoszyły sie dzikie konie, które go stratowały.

Wiek: 61 lat
Broń którą umie się posługiwać:łuk, sztylet
Zamieszkanie: Dystrykt 9
Rodzina:
Miała męża, który zginął, gdy ona miała 40 lat



Shonna Beavers


Pochodzi z 4 dystryktu. Wygrała XXVIII Głodowe Igrzyska, ale nie lubi się tym chwalić.Te igrzyska są mało pamiętane przez ludzi, ponieważ Shonna nie wygrała ich tak jak to robili we wcześniejszych igrzyskach.Pochłonęły ją tabletki antystresowe i przez to zostawił ją mąż.Mieszka sama, wraz ze służbą, nie stara się z nikim nawiązać bliższy kontakt. Jest sucha i szorstka w stosunku do Petera i Vailith.

Wiek: 30 lat
Broń którą umie się posługiwać: nożyk
Zamieszkanie: Dystrykt 4
Rodzina:
BRAK







~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
PODCZAS OPOWIADANIA BĘDĄ DOCHODZIĆ NOWE POSTACIE

My colored skinny life- wprowadzenie

My colored skinny life- wprowadzenie

Cześć, jestem wielką fanką filmu i książki "Igrzyska śmierci". Postanowiłam założyć opowiadanie, w którym będę opisywała losy trybutów podczas 40,5 głodowych igrzysk, ale dlaczego pół? Dowiecie się podczas czytania. Wszystko jest wytworem mojej bujnej wyobraźni XD