sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział 10

 "Jak ryba w wodzie"

Vailith:

Snując sie powoli po korytarzu nie chciałam wrócić do pokoju. Wypełniał mnie niepokój. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że na arenie, pewnie zginę, a moja matka może nawet o tym nie wiedzieć. Przecież nie widziałam jej na dożynkach, pewnie nawet nie wie o tym, że jej córka została trybutem.
Chodziłam w kółko aż nagle ktoś złapał mnie za rękę. Szybko sie odwróciłam a moim oczom ukazał się Coren.
-Twoi rodzice dzwonią, pośpiesz się- powiedział i pociągnął mnie za sobą.
Weszliśmy do pokoju, a następnie w stronę telefonu. Kolokfia siedziała na kanapie i razem z Peterem oglądała program prowadzony przez Ceasara.
Chwyciłam w dłoń słuchawkę, a w niej usłyszałam chrypliwy głos ojca, który mówił w tym czasie do mojej macochy.
-Dzwoniłem już wiele razy do Kapitolu, ale to nic nie dało. Koordynator igrzysk nie chciał nawet tego słyszeć, a strażnicy pokoju nie dają sie przekupić.
-Próbowałeś już użyć pereł, które znalazłeś nad brzegiem morza?- zasugerowałam.
-Vail?-odezwał się głos ze słuchawki- Próbowałem....próbowałem zrobić coś, żeby zrobili losowanie od nowa,ale.... Jestem wpływową osobą, ale to mnie przerosło...Ja...
-Przestań-rzekłam- nie obwiniaj się, tak miało być, już tego nie zmienisz. Jest mi tylko smutno, że nie pożegnałam się z wami.
-Dzisiaj zamierzam iść do ambasady,a jeśli to nie wypali...
Rozłączyłam się. Nie chciałam więcej słuchać, jak bardzo mój ojciec nie wierzy w to, że przeżyję. Mam nadzieję, że zostawi tą sprawę w spokoju i pozwoli mi zginąć na arenie. Niestety taka jest prawda. Spośród 24 osób jedna przeżyje i to na pewno nie będę ja.
Powędrowałam w stronę łazienki i do wanny wlałam gorącą wodę. Zanurzyłam się w niej i spróbowałam odprężyć, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Podaj grzebień-powiedział Peter.
-Idź stąd- powiedziałam spokojnym głosem patrząc na pieniąca się pianę.
-No proszę cię- nie przestawał.
-Przyjdź za godzinę-denerwowałam go.
W jednej chwili otworzyły się drzwi i szybko zamknęły, ale chłopak już był w środku. Miał na oczach zawiązaną bandamkę i po omacku szukał grzebienia.Gdy go znalazł podszedł do lustra i odsłonił jedno oko, a następnie zaczął poprawiać swoją zawiniętą do tyłu grzywkę.
-Ładne nogi- powiedział spoglądając na własne odbicie i łobuzersko się uśmiechając.
Szybko sięgnęłam do zlewu i odkręciłam kran, kładąc palec pod wylot. Z kranu zaczęła tryskać woda na wszystkie strony, a Peter zaczął osłaniać się rękoma i pobiegł do wyjścia.
Po tym wszystkim chciałam jak najszybciej stąd wyjść, dlatego owinęłam się w szlafrok, a na włosy założyłam ręcznik i udałam sie do mojego pokoju. Przez chwilę siedziałam na łóżku, lecz następnie położyłam sie próbując zasnąć. Nic to nie dało.
Przy zgaszonym świetle leżałam przez chwilę na łożu wpatrując się w sufit, gdy nagle w drzwiach zobaczyłam znaną twarz.
-Śpisz?-zapytała Rufy dyskretnie zamykając drzwi.
-Staram się, ale to mi nie wychodzi- przyznałam podnosząc się na rękach.
-Ten program był okropny, zaczęli wypytywać mnie o moją rodzinę.
-A coś w tym złego?-zastanowiłam się.
-Nie znam rodziców, porzucili mnie gdy byłam mała.-zaczęła opowiadać.- Przez moje rude włosy nikt nie chciał się mną zaopiekować. Podobno jest taki przesąd, że kolor rudy, zapowiada przekleństwo całej rodziny. W naszym dystrykcie, nie ma wiewiórek, nikt nie ubiera sie na pomarańczowo, ani nikt nie ma rudych włosów, oprócz mnie. Jednak po pewnym czasie pewna czarnoskóra rodzina postanowiła mnie adoptować. Nie myśleli oni o przekleństwie, nie uznawali przesądów. Są to najwspanialsi ludzie jakich znam, ale innym się to nie podoba.
-U mnie rodzice się rozstali, ale przynajmniej utrzymuje z każdym z nich kontakt.
-Nawet nie wiesz jakie masz szczęście, pomyśl o tym.-uśmiechnęła się- Chyba słyszę jakieś kroki, pójdę chyba, nie wolno nam tak wychodzić z pokojów.
Pożegnałam się z nią i na reszcie udało mi się zasnąć.
Następny dzień zaczął się leniwie jak zwykle. Wstałam, zjadłam śniadanie, ale Petera na nim nie było. Okazało się, że wstał rano i skoro świat poszedł na trening.
Ustałam w windzie i powoli zjechałam nią na pierwsze piętro.Skierowałam się na boisko, na którym było już trochę trybutów. W oddali zauważyłam Rufy stojący przy stoisku z roślinami. Klęczała nad grządkami z egzotycznymi, czerwonymi pokrzywami. Podbiegłam do niej i przywitałam się. Dziewczyna zaczęła mi dawać wskazówki na temat hodowli roślin. Na arenie, może uda mi się wyhodować drzewa, ale szybko rosnące rośliny takie jak owe pokrzywy, czemu nie.Te akurat są dobre na różnorakie rany, ale każde służą do czego innego.
Podeszłyśmy następnie do telebimu, na którym były wyświetlone wzory roślin. Było ich mnóstwo i mieściły się równo obok siebie. Rufy stanęła przed elektronicznym blatem i zaznaczała czerwonym kolorem rośliny trujące i kolorem zielonym rośliny lecznicze, w które skład wchodziło też ziele jadalne.
Dziewczyna robiła to tak szybko, że nie nadążałam wieść oczami za jej dłońmi.
Byłam pod wrażeniem, Drew jest dla mnie jak osobisty mentor, potrafi wszystko, czego ja nie. Może mnie naprawdę dużo nauczyć.
-Chcesz spróbować?-zaproponowała i zarzuciła swoje rude loki, na plecy.
-Nie dziękuję, nie chcę się ośmieszać- zaśmiałam się.
Poświęciłyśmy jeszcze chwilę na poszerzanie wiedzy o roślinach, a następnie udałyśmy się do wielkiego zbiorniku wodnego. Jak się okazało było to miejsce, w którym brylowałam. Pływać umiałam już od 5 roku życia. Spoglądałam czasem na innych trybutów męczących się w wodzie i próbujących wydostać się ze zbiornika. Zamierzałam nauczyć Rufy pływać, ale na początku trudno ją było w ogóle namówić by weszła do wody.Powoli zanurzyła swoje ciało i starała się unosić na wodzie. Pomogłam jej trochę nad poruszaniem się w niej i zaczynało jej nawet to wychodzić.
Znów usłyszałam znajomy dźwięk. Odgłos rogu. Praktycznie do igrzysk pozostał jeden dzień. Musze go dobrze wykorzystać.

niedziela, 16 czerwca 2013

Rozdział 9

"Postaram się zrobić takie show,
aby każdy mnie zapamiętał."

*Narracja trzecioosobowa*

Obie dziewczyny wróciły do swoich pokoi następnie udały się na rutynowe zabiegi. Trafiły na te same stanowiska i do tych samych osób co ostatnio. Po wszystkim wliczając w to makijaż, fryzurę i strój, trybuci udali się do budynku, znajdującego się tuż obok hotelu, w którym działy się najważniejsze uroczystości.Następnie przeszli do średniej wielkości pomieszczenia i na telebimie, który był umieszczony na jednej ze ścian, ukazał się Ceasar , a przed nim zasiadała publiczność zajmując po kolei rzędy ciągnące się w nieskończoność. Trybuci ustali w jednej grupie i czekali na osobę, która pokieruje ich i wyjaśni co maj zrobić. Po chwili na schodach ukazała się długowłosa piękność, o długich nogach i ze słuchawką w uchu.
-Teraz odbędzie się program, w którym każdy z was osobiście zaprezentuje się widzom- zaczęła wysokim głosikiem- ustawcie się szybko w szeregu w kolejności występowania dystryktów.
Każdy ustał na wyznaczona przez kobietę miejsce i wlepił wzrok w telewizor. Tym razem Ceasar zapowiadał pierwszą trybutkę- Maureen B. Riley. Dziewczyna szybkim krokiem wbiegła po schodach na swoich wysokich szpilkach i udała się w stronę platformy na którą zaprosił ją prezenter. Wypytywał ją o różne sprawy, o igrzyska i tak było z każdym.
Po około pół godzinie przyszedł czas na Vailith. Przepełniona spokojem pokonała stopnie i znalazła się na podeście. Przez chwile poprawiła uczy, które sterczały jej z czubka głowy i uciskały ją w głowę. Ceasar wziął jej rękę i pocałował a ona dygnęła. Zasiadła na puchowym czarnym fotelu i czekała na bombę pytań.
-Witaj Vail, mogę ci mówić Vail, prawda?- odpowiedział na swoje pytanie- jak się czujesz?
-O dziwo dobrze-rzekła dziewczyna i postarała się uśmiechnąć.
-Pochodzisz z 4 dystryktu, czyli jesteś dobra w sztuce przetrwania, mam rację?
Po chwili zastanowienia Vailith odgarnęła swoje z twarzy swoje bujne włosy i powiedziała:
-Mam taką nadzieję-skłamała.
-Powiedz mi nie tęsknisz za swoją matką? Przecież nie zdążyłaś się z nią pożegnać.-powiedział mężczyzna ze współczuciem.
Trybutka przełknęła ślinę i na chwilę zaniemówiła. Kompletnie o niej zapomniała.Na samą myśl o tym, że nawet nie powiedziała jej jak ją kocha, łzy cisnęły jej sie do oczu.
-To oczywiste, że tęsknie- powstrzymała się od płaczu i od powiedzenia czegoś, za co kapitol mógłby ją srogo ukarać.- Niczego na świecie bym więcej nie pragnęła, niż tego by mogla znowu mnie przytulić i powiedzie dobre słowo.
Na usta cisnęły jej się taki zdania jak "To przez was nie mogłam tego zrobić", "Jeszcze masz czelność się o to pytać?" lub "Już niestety nic nie będzie tak jak dawniej, pozabijamy się na wzajem i do czego to doprowadzi?".
-Miejmy nadzieję, że tak się stanie- dokończył i złapał mnie za rękę, a następnie puścił i zadał kolejne pytanie- Wierzysz w to, że masz szanse wygrać?
-Nie, nie wierze, ale postaram się zrobić takie show, żeby każdy mnie zapamiętał.
Oboje wstali, a Ceasar podniósł jej rękę i krzyknął:
-Vailith Bellevue!
Następnie dziewczyna zeszła do pokoju, w którym byli wszyscy trybuci i nie patrząc na nikogo udała się w stronę wejścia.
Na swoją kolej czekało jeszcze wiele osób w tym Elien. Stała jak podparta o ścianę i co chwilę spoglądała na telebim,a Diruco rozmawiał w tym czasie z Marnie.
-Cykorek?- zapytał Douglas podchodząc do niej.
-Trochę- uśmiechnęła się- nie wiem czym się stresuję, ale czymś na pewno.
-Ja boję się pytań dotyczących Kapitolu. Boję się, że powiem coś co obrazi państwo. Z drugiej strony, przynajmniej nie brał bym udziału w igrzyskach tylko siedział w więzieniu- dokończył.
-Każdemu zadają inne pytania, nie wiadomo co ci się może trafić-skomentowała- nie chcę żadnych pytań o brata, wszyscy widzą w nim kalekę.
-Ale ty przecież tak nie uważasz?- rzekł- Czasem bycie na arenie nie jest najgorsze.Zostanie w domu i patrzenie na śmierć bliskiej osoby wydaje się nieporównywalne.
-Może to i racja- potwierdziła.
Nagle usłyszeli głos dochodzący z korytarza wołający Douglasa.
-Pamiętaj nie masz się o co martwić. Wyglądasz przepięknie- chłopak obdarował Elien szczerym uśmiechem i poszedł w kierunku miejsca, z którego dochodziło wołanie.
Dziewczyna Lekko się zarumieniła uśmiechnęła pod nosem,ale po chwili wróciła na miejsce i odliczała minuty do wejścia.
Czas minął szybko, gdy mężczyzna wywołał Elien. Wspięła się na podest,a co za tym idzie wniosła do studia radość i życie.Pełna uśmiechu by zadowolić sponsorów skierowała się w stronę Ceasara.
-Usiądź proszę- zasugerował po powitaniu.
Fotel był ciepły i miękki, więc wywiad nie zapowiadał sie do końca fatalny.
-Słyszałem, że na dożynkach, zgłosiłaś się na trybuta, chroniąc swojego brata? Musisz być na prawdę dzielna, by odważyć się na taki czyn.
-Tak- skomentowała krótko-zacytuje teraz pewną osobę. "Czasem bycie na arenie nie jest wcale takie złe. Zostanie w domu i patrzenie na śmierć bliskiej osoby wydaje się dla mnie gorsze."
-Myślisz już bardziej poważnie, o wejściu w sojusz?
-Chyba tak, myślę, że są osoby, które byłyby dobrymi sojusznikami- dziewczyna pomyślała w tym czasie o Douglasie i w mniejszym stopniu o Vailith.
-I jeszcze jedno krótkie pytanie. Dlaczego chcesz wygrać?- spojrzał na nią swymi czarno kruczymi oczyma,  a następnie w stronę publiczności.
-Dlaczego?- zamyśliła się przez chwilę- By znów zobaczyć uśmiechnięta twarz Ksaniela mówiącą "Wiedziałem, że ci się uda".
-Dziękuję bardzo- ustał na równe nogi i delikatnie wziął rękę Elien, która powędrowała ku górze- Elien Moonlight!
Dziewczyna pomachała widzom i poszła do pokoju, w którym wcześniej czekała mijając się w przejściu z Diruckiem. Posłał jej uśmiech i przez chwilę musnął jej rękę swoją dłonią.Elien przeszłą przez korytarz i na chwilę przystała. Po krótkim zamyśleniu wróciła i postanowiła poczekać i obejrzeć występ Diruca.
-Witaj- przywitał go mężczyzna.- Więc jak to jest opuścić wreszcie własny dystrykt.
-Naprawdę dziwnie, nigdy wcześniej nie byłem tak daleko od domu- powiedział pełen opanowania.
-Ale jednak jest to miłe uczucie, dodatkowo mając przy sobie tak piękną i uroczą dziewczynę- Ceasar puścił mu oko.- Powiedz nam coś o tym.
-Tak Elien jest naprawdę cudowną dziewczyną- uśmiechnął się- i myślę, że mogę o tym powiedzieć. Jesteśmy parą od około roku.
Cała sala jednym chórem powiedziała "Awww" co odrobinę zawstydziło chłopaka.
-Ach, to jednak będzie wam trochę ciężko na arenie- powiedział prezenter.
-Postaram się zrobić wszystko, żeby przeżyła-zobowiązał się Diruco.
Elien zamarła. Przez chwilę myślała, że to był tylko sen. Nie chce żeby jej chłopak zmarnował swoje życie, by ją chronić. Nie odzywał się do niej przez ostatnie dni, a teraz udaje obrońce uciśnionych.
Dziewczyna obróciła się na pięcie i szybkim krokiem pobiegła do apartamentu.  
Strój Elien


Strój Vailith

sobota, 8 czerwca 2013

Rozdział 8

"W każdym z nas jest taka mała cząstka egoisty"

Elien:

Jestem teraz na moim pierwszym treningu. Ranek minął mi spokojnie, nic wielkiego. Trener wytłumaczył nam jak wszystkim się posługiwać i wreszcie ruszyłam do ćwiczeń. Na początku chciałam spróbować swoich sił w posługiwaniu się zabójczymi narzędziami  Spojrzałam na blat gdzie rozłożona była broń. Na samym rogu leżało narzędzie bardzo dobrze mi znane, które wyglądało na  w ogóle nie używane. Podeszłam bliżej i chwyciłam w dłoń jedne z wachlarzy bojowych. Są to niby zwykłe wachlarze, jednak na końcach są ostre jak żyletka. W wypustkach, znajdujących sie w drewienkach, które przytrzymują konstrukcję, mieściły się mordercze igły, które zawierały w sobie sok z jednej mało znanej rośliny.Wiele osób nie umie władać tą bronią, ale matka uczyła mnie od najmłodszych lat, jak trzeba się z tym narzędziem obchodzić.
Stanęłam na wyznaczonej linii i na początku miotałam strzałkami w czerwone punkty pokazujące się na  wielkiej białej ścianie, która stała około 20 metrów ode mnie. Następnie ścianka zaczęła poruszać się w jedną stronę a za nią ujrzałam grupę plastikowych manekinów. Rozpędziłam się i zaczęłam ciosać je na prawo i lewo.Pozbyłam się głów, rąk i nóg kończąc na przecięciu plastikowych ciał. Kończąc wróciłam na miejsce i odłożyłam wachlarze, na miejsce skąd je wzięłam.
-Dobrze sobie z nimi radzisz- pochwalił mnie męski głos.
Odwróciłam się, a obok mojej twarzy przefrunęła złot strzała, która na końcu utknęła w samym środku tarczy znajdującej się na cienkiej lince zawieszonej wysoko na metalowej poręczy. Wisiało tam wiele tarcz, które huśtały się na wąskich, przezroczystych żyłkach. Zwróciłam się w stronę osoby, która do mnie zagadała. Był do uroczy, wysoki brunet, trzymający w rękach pozłacany łuk.
-W sensie,  z wachlarzami- poprawił się i odgarnął włosy z czoła.
- Dzięki, jestem Elien, dystrykt 9- posłałam mu szeroki uśmiech.
-Douglas, siódemka - przywitał sie.- Mało osób umie się nimi posługiwać, są przydatne, a zarazem najtrudniejsze do opanowania .
-Od dziecka matka uczyła mnie jak ciosać nimi zborze-wytłumaczyłam.
Zaczęliśmy wymieniać sie poglądami dotyczącymi igrzysk, oraz sztuczkami, jak przetrwać na arenie.Nie chciałam zbytnio rozmawiać z Diruciem, chociaż w każdej chwili spoglądałam w jego stronę i patrzyłam jak się stara. Po jakimś czasie zaproponowałam byśmy poszli na stanowisko gdzie znajdowała się ścianka wspinaczkowa. Nie było tam, żadnych uprzęży, albo zabezpieczeń, każdy musiał działać na własną rękę.
-Przepraszam, czy mogłabyś mi pomóc- powiedziała mała dziewczynka stojąca obok mnie.
-Oczywiście- uśmiechnęłam się do niej i pomogłam jej wspiąć się na pierwszy kamień. Pomyślałam w jednej chwili, że ta dziewczynka nie przeżyje pewnie jednego dnia.
-Dziękuję- odpowiedziała grzecznie rozpromieniona mocno łapiąc się głazów.
Sama chwyciłam się pierwszego lepszego wybrzuszenia i wspinałam się coraz wyżej,aż nagle noga omsknęła mi się ze śliskiego zbocza i spadłam na dół, próbując uderzyć o ziemię jak najmniej boleśnie. W duchu modliłam sie oby nic mi się nie stało, bo nawet gdybym złamała jakąś część ciała to i tak musiałabym brać udział w igrzyskach.O dziwo nie runęłam jak długa na ziemię, tylko zanurzyłam się w czyichś ramionach.
-Spadłaś na mnie jak grom z jasnego nieba- zaśmiał się Douglas łapiąc równowagę.
Złapałam się kurczowo jego szyi, by kontem oka spojrzeć czy Diruco nie widział zaistniałej sytuacji. Mógłby to opacznie zrozumieć.
Chłopak odłożył mnie na ziemie, a ja podziękowałam za uratowanie mi życia. Może to nie było dobre określenie, ale kto wie, mogłam złamać sobie kręgosłup, lub coś gorszego.
W jednej chwili usłyszałam dźwięk rogu, który oznajmiał koniec treningu. Wszyscy udali się do wyjścia i do swoich apartamentów.
 Nie chciało mi się czekać na wolną windę, dlatego wbiegłam wysokimi schodami na górę. W tym samym czasie, kiedy znalazłam się w mieszkaniu, otworzyły się drzwi windy i wyszedł z nich Diruco. Zmierzwił swoją bujną czuprynę i ruszył w kierunku sofy. Powoli uszyłam za nim, gdy za sobą usłyszałam znajomy głos.
- No, no, no Elien, widzę, że dobrze ci się powodzi- skomentowała Avira Opierając się o biszkoptową ścianę.
-Nie rozumiem o co ci chodzi- odrzekłam.
Ze schodów szybkim krokiem zeszła Marnie, i podpierając sie o laskę, podeszła do mnie i pociągnęła mnie za rękę do mojego pokoju.
-Nie igraj z nimi, nie wyjdziesz na tym dobrze- powiedziała ściszonym tonem.
-Nie wiem o co wam wszystkim chodzi!
-Oglądaliśmy wasz trening, nie każdy dystrykt ma widok na boisko treningowe- powiedziała- ten chłopak..... uwierz mi nie próbuj niczego grać.
-Ale ja nie gram- oburzyłam się.
-Wiem to, ale pamiętaj- złapała mnie z ramie i przysunęła do siebie- igrzyskami kierują kapitolończycy. Jeśli im się nie spodobasz wypadasz. Oni kochają historie miłosne, ale nie rozdwojone serce. Na razie nic się nie dzieje, ale na arenie odczujesz takie emocje i obudzą się w tobie takie instynkty jakich nigdy w życiu nie doświadczyłaś. Jeszcze mi za to podziękujesz.
Wyszła z pokoju i szepnęła coś na ucho zdezorientowanej Avirze, która po tym przyjęła pokerową twarz. Położyłam się na łóżku i spojrzałam w niebo, zaczęło się robić późno. Tu ,w Kapitolu, czuję się jakby czas płynął szybciej. Powoli niebo zaczynało wyglądać jakby było usiane gwiazdami.
W jednej chwili spokój przerwał jakiś niepokojący sygnał, a po nim usłyszałam głos dobiegający z domofonu, który dopiero zauważyłam zainstalowany tuż obok drzwi do mojego pokoju.
-PROSZĘ WSZYSTKICH TRYBUTÓW I ICH STYLISTÓW DO ZEJŚCIA DO GABINETU PIELĘGNACJI I PRZYGOTOWANIA SIĘ DO UDZIAŁU W PROGRAMIE. DZIĘKUJĘ-powiedział głos, po którym znowu nastąpił owy sygnał.
-Elien, podejdź tu na chwilę!-krzyknęła Avira spod, jak mi się wydawało, telewizora.
Podniosłam się z miękkiej pościeli i ruszyłam w stronę echa. Tak, dobrze myślałam. Podeszłam do kanapę i rozłożyłam się na niej wygodnie.
-Zanim wyjdziemy, mam dla ciebie mały prezent- poinformowała i wcisnęła duży czerwony przycisk znajdujący się na pilocie.
Wnet na ekranie telewizora ukazała się moja mama z bratem, siedzący w starym, obskurnym pokoju, podobnym do tego w jakim byłam po dożynkach. Matka trzęsła się i co chwilę odgarniała włosy, próbowała zachować kamienną twarz i pokazać mi, że sobie radzi. Natomiast Ksaniel siedział niewzruszony po prawicy matki i wpatrywał się w ścianę.Mi odjęło mowę z wrażenia, matka prawie uroniła łzę.
-Jak sobie radzisz?- powiedziała lekko ochrypniętym głosem.
-Bywało lepiej-rzekłam półgłosem.
Przez chwilę panowała grobowa cisza i było tylko słychać za drzwi ich pokoju kroki strażników pokoju.
-Nic mi nie chcesz powiedzieć?- zwróciłam się do brata.
-A co mam mówić?Wierzę, że wygrasz,uda ci się,wiem, że przeżyjesz?- skomentował ironicznie- nie nie wiem czy przeżyjesz i cały czas o tym myślę. Ja wiem jak umiesz się posługiwać bronią, matka wie wszyscy wiedzą, tylko nie ty sama. Boisz się zranić kogokolwiek. To tak nie działa, zawsze myślisz o innych, na arenie to sie nie sprawdzi.
-W każdym z nas jest taka mała cząstka egoisty- próbowałam sie obronić.
-Której ty nie masz- rzucił Ksaniel- Zrozum, arena to pole bitwy, nie zawody. Jedna osoba zwycięży.I bądź nią ty.
Padło połączenie. Odwróciłam się i ujrzałam za mną Avirę trzymającą w ręku pilot.
-Czas minął, idziemy- powiedziała sucho i udała się w kierunku windy. 

sobota, 1 czerwca 2013

Rozdział 7

"Jak stado skrzeczących sępów"
Vailith:

Następnego dnia obudziłam się w moim nowym pokoju z bólem głowy. Nawet nie zdążyłam zapoznać się domem, tylko od razu skierowałam się do łóżka.  Mój pokój nie był ogromny, była do dla mnie mała prostokątna klatka z oknem po prawej stronie. Na drugiej ścianie znajdowało sie ogromne akwarium, gdzie pływały ryby z mórz z mojego dystryktu. Podeszłam do szkła i zapukałam w nie, a jedna z ryb, ta za którą byłam przebrana na paradzie trybutów, cała się nastroszyła i wybałuszyła oczy, pokazując swoje ostre jak żyletka zęby.
-Nie jesteś zła-powiedziałam do niej- pragniesz tylko ochronić siebie samą. Jesteś podobna do mnie...
Skręciłam w stronę drzwi i chwiejnym krokiem weszłam do salonu. Był on ogromny, sufit był na wysokości około 12 metrów, a na nim zwisał kryształowy żyrandol. Na przeciwko mnie w oddali stały schody prowadzące do jadali, gdzie stał stół przykryty błękitnym obrusem, a przy nim krzesła na których siedzieli już Kolokfia, Shonna, Peter i Coren czekając na mnie.Na parterze znajdowało się miejce gdzie można oglądać nasze zmagania, czyli telewizor. Z ciemnego podestu schodziło się parę stopni w dół na dębowe panele, na których stała skórzana niebieska kanapa,a obok niej turkusowe pufy. Wszędzie znajdowały się różne inne detale np.miecznik na ścianie, koralowce suche posadzone przy oknie, które były prawie wszędzie.
-Dzisiaj jest wasz pierwszy trening, musicie pokazać innym, że jesteście silni, może uda wam się dostać do grupy zawodowców- mówił Coren.
-Nie, że uda się, tylko na pewno się uda- drażnił się z nim Peter.
-Coś przegapiłam?- zagadałam.
- Nie nic, mówię tylko dzisiaj musicie sie postarać na treningu, pokażcie się z jak najlepszej strony i róbcie to w czym jesteście najlepsi-dodał.
-A może powie nam coś jeszcze nasza mentorka? Nie odzywałaś się dzisiaj w ogóle w sprawie igrzysk-skomentowała Kolokfia- nie to co w sprawie nas, jedzenia i temu jak ci jest ciężko. O tym wiem zanadto.
-Wiem, że mnie nie lubisz, ale nie musisz tego tak okazywać-połknęła niebieską tabletkę i popiła ją wodą- oni wiedzą, że niczego ich nie nauczę oprócz tego jak krzyczeć na służbę.
-Co mi pomoże zakamuflować się?- zapytałam.
Z twarzy Shonny znikł uśmiech, które zastąpiło zdumienie, a równocześnie podziw.
-Zawsze na arenie jest coś co może nam się przydać, na przykład w terenie skalnym rosną rośliny zwane potocznie cyntki, na pustyni przyda wam się piasek głębiej umieszczony niż ten na powierzchni, po natarciu sie nim jesteście prawie niewidzialni na tle pustyni- tłumaczyła- w lesie jest o wiele lepiej, tam co 3 roślina pomoże wam być nierozpoznawalni w buszu.
-Naprawdę dużo o tym wiesz- pochwalił ją Coren- Dobrze, wiecie już dużo, ruszajcie już na trening, bo zaraz sie spóźnicie, a i Vail...
Spojrzałam na niego, a on podszedł do mnie i tylko szepnął mi do ucha: "Pamiętaj, samej nie uda ci się przeżyć, nawiąż z kim bliższy kontakt, to ci pomoże".
Wstałam od stołu i zeszłam schodami kierując sie w stronę windy, a Peter zeskoczył z piętra i poszedł biegiem do swojego pokoju, mówiąc, że mnie dogoni .
Nie jechałam długo, zaledwie 2 piętra bo na piętrze gdzie mieściła się willa jedynki korytarzem na prawo szło się na boisko. Tam, w jednym rogu rozstawione były narzędzia, jakie tylko moglibyśmy sobie wymarzyć, w innym miejscu znajdował się mini lasek, gdzie można było uczyć się rozpalać ognisko lub, jak stawiać pułapki na zwierzęta, bądź ludzi. Zauważyłam też stanowisko przy, którym uczono sie rozpoznawania rodzajów owoców i roślin, oraz w drugim rogu, znajdowała się ścianka wspinaczkowa. Wokół było dużo więcej podobnych urządzeń do treningu, które trudno mi teraz opisać. Podeszłam do grupy trybutów stojących naokoło rudego mężczyzny, który tłumaczył coś chłopakowi z trójki. Ledwo podeszłam do tłumu gdy na zewnątrz wybiegł bocznym wejściem Peter, kierując się w naszą stronę.
-Tak, już wszyscy?- zawrócił się do nas- To tak, przez trzy najbliższe dni, macie czas na trenowanie swoich zdolności. Dzisiaj jest trening obowiązkowy, następne są nieobowiązkowe, albo mogą być też treningi zamknięte, dla jednego trybuta.Za dwa dni pokażecie sponsorom co potraficie i wystawią wam za to punkty. To wszystko.
Każdy z nas rozszedł się w innym kierunku do różnych stanowisk. Nie chciałam pokazać się z jak najgorszej strony, dlatego udałam się do miejsca gdzie ćwiczyło się zdolność dobrego kamuflażu. Chwyciłam w dłoń pędzel i zaczęłam bazgrać po dłoni. Po pół godzinie, gdy położyłam rękę na głazie, była nie do odróżnienia. Znudziło mnie już to, dlatego udałam się w kierunku owego małego lasku, by poćwiczyć rozpalanie ogniska. Uklęknęłam nad ściółką, a do ręki wzięłam dwie małe, suche gałązki i zaczęłam trzeć je o siebie nawzajem. Niezbyt umiem takie rzeczy, ale muszę się w tym wprawić.
Zmagałam się z tym około 10 minut gdy nagle przed sobą ujrzałam cień, spojrzałam w górę i zobaczyłam stojącą przede mną rudą dziewczynę.
 -Daj pomogę ci- zaproponowała- Mam na imię Drew, ale mów mi Rufy.
-Jestem Vailith- przywitałam się- Niezbyt umiem się tym.... obsługiwać.
-A nie jesteś przypadkiem z dystryktu 4?-zapytała rudowłosa.
- Tak-przyznałam- Jednak ja różnię się trochę od osób z 4...
-Ja też!-zaśmiała się- popatrz na kolor mojej cery, jest blado różowa. Wszyscy w moim dystrykcie mają częściej ciemną karnację.
Gdybym tylko ja miała taki problem...
-Ćwiczyłaś już rzut oszczepem, albo strzał z łuku, lub wspinaczkę wysokogórską?- dopytywała przyglądając mi sie uważnie.
- Szczerze? Nie.- powiedziałam spoglądając na innych trybutów.
-To może czas czegoś spróbować?- zaproponowała Rufy.
Otrzepałyśmy się z kępy liści i mokrego piasku, poszłyśmy w stronę tarcz do ćwiczeń strzelania z łuku. Tam swoich sił próbował mały Charlie. Wziął do ręki łuk, a do drugiej strzałę, chwile siłował się z umieszczeniem strzały na właściwej pozycji, gdy popchnął go wysoki brunet i powziął łuk w własne ręce.
-To jest Set- szepnęła mi do ucha Rufy- nie radze ci z nim zaczynać, on jest maszyną do zabijania. Mogę się założyć, że będzie w grupie zawodowców, jak dla mnie to stado skrzeczących sępów. Niby potrafią posługiwać się dobrze bronią, ale na arenie nie tylko to się liczy, trzeba mieć także wytrzymałą psychikę.
Chłopak spojrzał na tarcze, zamknął oczy i odwrócił głowę w naszą stronę i po kolei trafił idealnie w sam środek każdej z tarcz. Zrobiło to na mnie duże wrażenie.
Rzucił arkadę na ziemie i poszedł w kierunku następnych stanowisk. Teraz przyszła moje kolej. Ze stosu ostrzy leżących na długim stole wyjęłam kilka małych nożyków. Była to chyba jedyna broń, którą w miarę potrafiłam się posługiwać. Skupiłam się na jednym manekinie i przygotowałam pierwsze ostrze. Wycelowałam i precyzyjnie rzuciłam nim w manekina. Trafiłam. W kukłę, ale nie w tarczę. Sztylet utknął w ręce kukły. Próbowałam nie patrzeć się na Rufy, by nie widzieć rozczarowania w jej oczach. Sięgnęłam bo następny scyzoryk i ty razem rzuciłam z większym rozmachem. Trafiłam. Tym razem udało mi się wycelować w tarczę, jednak nożyk wylądował prawie na granicy końca dysku.Został ostatni sztylet i ostatni manekin. Wzięłam zamach i jednym ruchem posłałam nóż w stronę marionetki i utknął w samym środku tarczy. W duchu uradowałam się, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Dobrze ci idzie- powiedziała zawieszając głos.
-Jeszcze poćwiczę - podsumowałam uśmiechając się.
Chyba znalazłam kogoś z kim mogę nawiązać sojusz. Tylko, czy ona tego chce? Na początku sama nie chciałam się z nikim zaprzyjaźniać i działać na własną rękę. Może to nie ta droga? Sama już nie wiem... Przynajmniej postaram się i zrobię coś, żeby Rufy była ze mnie dumna.