"Jak ryba w wodzie"
Vailith:
Snując sie powoli po korytarzu nie chciałam wrócić do pokoju. Wypełniał mnie niepokój. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że na arenie, pewnie zginę, a moja matka może nawet o tym nie wiedzieć. Przecież nie widziałam jej na dożynkach, pewnie nawet nie wie o tym, że jej córka została trybutem.
Chodziłam w kółko aż nagle ktoś złapał mnie za rękę. Szybko sie odwróciłam a moim oczom ukazał się Coren.
-Twoi rodzice dzwonią, pośpiesz się- powiedział i pociągnął mnie za sobą.
Weszliśmy do pokoju, a następnie w stronę telefonu. Kolokfia siedziała na kanapie i razem z Peterem oglądała program prowadzony przez Ceasara.
Chwyciłam w dłoń słuchawkę, a w niej usłyszałam chrypliwy głos ojca, który mówił w tym czasie do mojej macochy.
-Dzwoniłem już wiele razy do Kapitolu, ale to nic nie dało. Koordynator igrzysk nie chciał nawet tego słyszeć, a strażnicy pokoju nie dają sie przekupić.
-Próbowałeś już użyć pereł, które znalazłeś nad brzegiem morza?- zasugerowałam.
-Vail?-odezwał się głos ze słuchawki- Próbowałem....próbowałem zrobić coś, żeby zrobili losowanie od nowa,ale.... Jestem wpływową osobą, ale to mnie przerosło...Ja...
-Przestań-rzekłam- nie obwiniaj się, tak miało być, już tego nie zmienisz. Jest mi tylko smutno, że nie pożegnałam się z wami.
-Dzisiaj zamierzam iść do ambasady,a jeśli to nie wypali...
Rozłączyłam się. Nie chciałam więcej słuchać, jak bardzo mój ojciec nie wierzy w to, że przeżyję. Mam nadzieję, że zostawi tą sprawę w spokoju i pozwoli mi zginąć na arenie. Niestety taka jest prawda. Spośród 24 osób jedna przeżyje i to na pewno nie będę ja.
Powędrowałam w stronę łazienki i do wanny wlałam gorącą wodę. Zanurzyłam się w niej i spróbowałam odprężyć, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Podaj grzebień-powiedział Peter.
-Idź stąd- powiedziałam spokojnym głosem patrząc na pieniąca się pianę.
-No proszę cię- nie przestawał.
-Przyjdź za godzinę-denerwowałam go.
W jednej chwili otworzyły się drzwi i szybko zamknęły, ale chłopak już był w środku. Miał na oczach zawiązaną bandamkę i po omacku szukał grzebienia.Gdy go znalazł podszedł do lustra i odsłonił jedno oko, a następnie zaczął poprawiać swoją zawiniętą do tyłu grzywkę.
-Ładne nogi- powiedział spoglądając na własne odbicie i łobuzersko się uśmiechając.
Szybko sięgnęłam do zlewu i odkręciłam kran, kładąc palec pod wylot. Z kranu zaczęła tryskać woda na wszystkie strony, a Peter zaczął osłaniać się rękoma i pobiegł do wyjścia.
Po tym wszystkim chciałam jak najszybciej stąd wyjść, dlatego owinęłam się w szlafrok, a na włosy założyłam ręcznik i udałam sie do mojego pokoju. Przez chwilę siedziałam na łóżku, lecz następnie położyłam sie próbując zasnąć. Nic to nie dało.
Przy zgaszonym świetle leżałam przez chwilę na łożu wpatrując się w sufit, gdy nagle w drzwiach zobaczyłam znaną twarz.
-Śpisz?-zapytała Rufy dyskretnie zamykając drzwi.
-Staram się, ale to mi nie wychodzi- przyznałam podnosząc się na rękach.
-Ten program był okropny, zaczęli wypytywać mnie o moją rodzinę.
-A coś w tym złego?-zastanowiłam się.
-Nie znam rodziców, porzucili mnie gdy byłam mała.-zaczęła opowiadać.- Przez moje rude włosy nikt nie chciał się mną zaopiekować. Podobno jest taki przesąd, że kolor rudy, zapowiada przekleństwo całej rodziny. W naszym dystrykcie, nie ma wiewiórek, nikt nie ubiera sie na pomarańczowo, ani nikt nie ma rudych włosów, oprócz mnie. Jednak po pewnym czasie pewna czarnoskóra rodzina postanowiła mnie adoptować. Nie myśleli oni o przekleństwie, nie uznawali przesądów. Są to najwspanialsi ludzie jakich znam, ale innym się to nie podoba.
-U mnie rodzice się rozstali, ale przynajmniej utrzymuje z każdym z nich kontakt.
-Nawet nie wiesz jakie masz szczęście, pomyśl o tym.-uśmiechnęła się- Chyba słyszę jakieś kroki, pójdę chyba, nie wolno nam tak wychodzić z pokojów.
Pożegnałam się z nią i na reszcie udało mi się zasnąć.
Następny dzień zaczął się leniwie jak zwykle. Wstałam, zjadłam śniadanie, ale Petera na nim nie było. Okazało się, że wstał rano i skoro świat poszedł na trening.
Ustałam w windzie i powoli zjechałam nią na pierwsze piętro.Skierowałam się na boisko, na którym było już trochę trybutów. W oddali zauważyłam Rufy stojący przy stoisku z roślinami. Klęczała nad grządkami z egzotycznymi, czerwonymi pokrzywami. Podbiegłam do niej i przywitałam się. Dziewczyna zaczęła mi dawać wskazówki na temat hodowli roślin. Na arenie, może uda mi się wyhodować drzewa, ale szybko rosnące rośliny takie jak owe pokrzywy, czemu nie.Te akurat są dobre na różnorakie rany, ale każde służą do czego innego.
Podeszłyśmy następnie do telebimu, na którym były wyświetlone wzory roślin. Było ich mnóstwo i mieściły się równo obok siebie. Rufy stanęła przed elektronicznym blatem i zaznaczała czerwonym kolorem rośliny trujące i kolorem zielonym rośliny lecznicze, w które skład wchodziło też ziele jadalne.
Dziewczyna robiła to tak szybko, że nie nadążałam wieść oczami za jej dłońmi.
Byłam pod wrażeniem, Drew jest dla mnie jak osobisty mentor, potrafi wszystko, czego ja nie. Może mnie naprawdę dużo nauczyć.
-Chcesz spróbować?-zaproponowała i zarzuciła swoje rude loki, na plecy.
-Nie dziękuję, nie chcę się ośmieszać- zaśmiałam się.
Poświęciłyśmy jeszcze chwilę na poszerzanie wiedzy o roślinach, a następnie udałyśmy się do wielkiego zbiorniku wodnego. Jak się okazało było to miejsce, w którym brylowałam. Pływać umiałam już od 5 roku życia. Spoglądałam czasem na innych trybutów męczących się w wodzie i próbujących wydostać się ze zbiornika. Zamierzałam nauczyć Rufy pływać, ale na początku trudno ją było w ogóle namówić by weszła do wody.Powoli zanurzyła swoje ciało i starała się unosić na wodzie. Pomogłam jej trochę nad poruszaniem się w niej i zaczynało jej nawet to wychodzić.
Znów usłyszałam znajomy dźwięk. Odgłos rogu. Praktycznie do igrzysk pozostał jeden dzień. Musze go dobrze wykorzystać.

