sobota, 8 czerwca 2013

Rozdział 8

"W każdym z nas jest taka mała cząstka egoisty"

Elien:

Jestem teraz na moim pierwszym treningu. Ranek minął mi spokojnie, nic wielkiego. Trener wytłumaczył nam jak wszystkim się posługiwać i wreszcie ruszyłam do ćwiczeń. Na początku chciałam spróbować swoich sił w posługiwaniu się zabójczymi narzędziami  Spojrzałam na blat gdzie rozłożona była broń. Na samym rogu leżało narzędzie bardzo dobrze mi znane, które wyglądało na  w ogóle nie używane. Podeszłam bliżej i chwyciłam w dłoń jedne z wachlarzy bojowych. Są to niby zwykłe wachlarze, jednak na końcach są ostre jak żyletka. W wypustkach, znajdujących sie w drewienkach, które przytrzymują konstrukcję, mieściły się mordercze igły, które zawierały w sobie sok z jednej mało znanej rośliny.Wiele osób nie umie władać tą bronią, ale matka uczyła mnie od najmłodszych lat, jak trzeba się z tym narzędziem obchodzić.
Stanęłam na wyznaczonej linii i na początku miotałam strzałkami w czerwone punkty pokazujące się na  wielkiej białej ścianie, która stała około 20 metrów ode mnie. Następnie ścianka zaczęła poruszać się w jedną stronę a za nią ujrzałam grupę plastikowych manekinów. Rozpędziłam się i zaczęłam ciosać je na prawo i lewo.Pozbyłam się głów, rąk i nóg kończąc na przecięciu plastikowych ciał. Kończąc wróciłam na miejsce i odłożyłam wachlarze, na miejsce skąd je wzięłam.
-Dobrze sobie z nimi radzisz- pochwalił mnie męski głos.
Odwróciłam się, a obok mojej twarzy przefrunęła złot strzała, która na końcu utknęła w samym środku tarczy znajdującej się na cienkiej lince zawieszonej wysoko na metalowej poręczy. Wisiało tam wiele tarcz, które huśtały się na wąskich, przezroczystych żyłkach. Zwróciłam się w stronę osoby, która do mnie zagadała. Był do uroczy, wysoki brunet, trzymający w rękach pozłacany łuk.
-W sensie,  z wachlarzami- poprawił się i odgarnął włosy z czoła.
- Dzięki, jestem Elien, dystrykt 9- posłałam mu szeroki uśmiech.
-Douglas, siódemka - przywitał sie.- Mało osób umie się nimi posługiwać, są przydatne, a zarazem najtrudniejsze do opanowania .
-Od dziecka matka uczyła mnie jak ciosać nimi zborze-wytłumaczyłam.
Zaczęliśmy wymieniać sie poglądami dotyczącymi igrzysk, oraz sztuczkami, jak przetrwać na arenie.Nie chciałam zbytnio rozmawiać z Diruciem, chociaż w każdej chwili spoglądałam w jego stronę i patrzyłam jak się stara. Po jakimś czasie zaproponowałam byśmy poszli na stanowisko gdzie znajdowała się ścianka wspinaczkowa. Nie było tam, żadnych uprzęży, albo zabezpieczeń, każdy musiał działać na własną rękę.
-Przepraszam, czy mogłabyś mi pomóc- powiedziała mała dziewczynka stojąca obok mnie.
-Oczywiście- uśmiechnęłam się do niej i pomogłam jej wspiąć się na pierwszy kamień. Pomyślałam w jednej chwili, że ta dziewczynka nie przeżyje pewnie jednego dnia.
-Dziękuję- odpowiedziała grzecznie rozpromieniona mocno łapiąc się głazów.
Sama chwyciłam się pierwszego lepszego wybrzuszenia i wspinałam się coraz wyżej,aż nagle noga omsknęła mi się ze śliskiego zbocza i spadłam na dół, próbując uderzyć o ziemię jak najmniej boleśnie. W duchu modliłam sie oby nic mi się nie stało, bo nawet gdybym złamała jakąś część ciała to i tak musiałabym brać udział w igrzyskach.O dziwo nie runęłam jak długa na ziemię, tylko zanurzyłam się w czyichś ramionach.
-Spadłaś na mnie jak grom z jasnego nieba- zaśmiał się Douglas łapiąc równowagę.
Złapałam się kurczowo jego szyi, by kontem oka spojrzeć czy Diruco nie widział zaistniałej sytuacji. Mógłby to opacznie zrozumieć.
Chłopak odłożył mnie na ziemie, a ja podziękowałam za uratowanie mi życia. Może to nie było dobre określenie, ale kto wie, mogłam złamać sobie kręgosłup, lub coś gorszego.
W jednej chwili usłyszałam dźwięk rogu, który oznajmiał koniec treningu. Wszyscy udali się do wyjścia i do swoich apartamentów.
 Nie chciało mi się czekać na wolną windę, dlatego wbiegłam wysokimi schodami na górę. W tym samym czasie, kiedy znalazłam się w mieszkaniu, otworzyły się drzwi windy i wyszedł z nich Diruco. Zmierzwił swoją bujną czuprynę i ruszył w kierunku sofy. Powoli uszyłam za nim, gdy za sobą usłyszałam znajomy głos.
- No, no, no Elien, widzę, że dobrze ci się powodzi- skomentowała Avira Opierając się o biszkoptową ścianę.
-Nie rozumiem o co ci chodzi- odrzekłam.
Ze schodów szybkim krokiem zeszła Marnie, i podpierając sie o laskę, podeszła do mnie i pociągnęła mnie za rękę do mojego pokoju.
-Nie igraj z nimi, nie wyjdziesz na tym dobrze- powiedziała ściszonym tonem.
-Nie wiem o co wam wszystkim chodzi!
-Oglądaliśmy wasz trening, nie każdy dystrykt ma widok na boisko treningowe- powiedziała- ten chłopak..... uwierz mi nie próbuj niczego grać.
-Ale ja nie gram- oburzyłam się.
-Wiem to, ale pamiętaj- złapała mnie z ramie i przysunęła do siebie- igrzyskami kierują kapitolończycy. Jeśli im się nie spodobasz wypadasz. Oni kochają historie miłosne, ale nie rozdwojone serce. Na razie nic się nie dzieje, ale na arenie odczujesz takie emocje i obudzą się w tobie takie instynkty jakich nigdy w życiu nie doświadczyłaś. Jeszcze mi za to podziękujesz.
Wyszła z pokoju i szepnęła coś na ucho zdezorientowanej Avirze, która po tym przyjęła pokerową twarz. Położyłam się na łóżku i spojrzałam w niebo, zaczęło się robić późno. Tu ,w Kapitolu, czuję się jakby czas płynął szybciej. Powoli niebo zaczynało wyglądać jakby było usiane gwiazdami.
W jednej chwili spokój przerwał jakiś niepokojący sygnał, a po nim usłyszałam głos dobiegający z domofonu, który dopiero zauważyłam zainstalowany tuż obok drzwi do mojego pokoju.
-PROSZĘ WSZYSTKICH TRYBUTÓW I ICH STYLISTÓW DO ZEJŚCIA DO GABINETU PIELĘGNACJI I PRZYGOTOWANIA SIĘ DO UDZIAŁU W PROGRAMIE. DZIĘKUJĘ-powiedział głos, po którym znowu nastąpił owy sygnał.
-Elien, podejdź tu na chwilę!-krzyknęła Avira spod, jak mi się wydawało, telewizora.
Podniosłam się z miękkiej pościeli i ruszyłam w stronę echa. Tak, dobrze myślałam. Podeszłam do kanapę i rozłożyłam się na niej wygodnie.
-Zanim wyjdziemy, mam dla ciebie mały prezent- poinformowała i wcisnęła duży czerwony przycisk znajdujący się na pilocie.
Wnet na ekranie telewizora ukazała się moja mama z bratem, siedzący w starym, obskurnym pokoju, podobnym do tego w jakim byłam po dożynkach. Matka trzęsła się i co chwilę odgarniała włosy, próbowała zachować kamienną twarz i pokazać mi, że sobie radzi. Natomiast Ksaniel siedział niewzruszony po prawicy matki i wpatrywał się w ścianę.Mi odjęło mowę z wrażenia, matka prawie uroniła łzę.
-Jak sobie radzisz?- powiedziała lekko ochrypniętym głosem.
-Bywało lepiej-rzekłam półgłosem.
Przez chwilę panowała grobowa cisza i było tylko słychać za drzwi ich pokoju kroki strażników pokoju.
-Nic mi nie chcesz powiedzieć?- zwróciłam się do brata.
-A co mam mówić?Wierzę, że wygrasz,uda ci się,wiem, że przeżyjesz?- skomentował ironicznie- nie nie wiem czy przeżyjesz i cały czas o tym myślę. Ja wiem jak umiesz się posługiwać bronią, matka wie wszyscy wiedzą, tylko nie ty sama. Boisz się zranić kogokolwiek. To tak nie działa, zawsze myślisz o innych, na arenie to sie nie sprawdzi.
-W każdym z nas jest taka mała cząstka egoisty- próbowałam sie obronić.
-Której ty nie masz- rzucił Ksaniel- Zrozum, arena to pole bitwy, nie zawody. Jedna osoba zwycięży.I bądź nią ty.
Padło połączenie. Odwróciłam się i ujrzałam za mną Avirę trzymającą w ręku pilot.
-Czas minął, idziemy- powiedziała sucho i udała się w kierunku windy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz