"Jak stado skrzeczących sępów"
Vailith:Następnego dnia obudziłam się w moim nowym pokoju z bólem głowy. Nawet nie zdążyłam zapoznać się domem, tylko od razu skierowałam się do łóżka. Mój pokój nie był ogromny, była do dla mnie mała prostokątna klatka z oknem po prawej stronie. Na drugiej ścianie znajdowało sie ogromne akwarium, gdzie pływały ryby z mórz z mojego dystryktu. Podeszłam do szkła i zapukałam w nie, a jedna z ryb, ta za którą byłam przebrana na paradzie trybutów, cała się nastroszyła i wybałuszyła oczy, pokazując swoje ostre jak żyletka zęby.
-Nie jesteś zła-powiedziałam do niej- pragniesz tylko ochronić siebie samą. Jesteś podobna do mnie...
Skręciłam w stronę drzwi i chwiejnym krokiem weszłam do salonu. Był on ogromny, sufit był na wysokości około 12 metrów, a na nim zwisał kryształowy żyrandol. Na przeciwko mnie w oddali stały schody prowadzące do jadali, gdzie stał stół przykryty błękitnym obrusem, a przy nim krzesła na których siedzieli już Kolokfia, Shonna, Peter i Coren czekając na mnie.Na parterze znajdowało się miejce gdzie można oglądać nasze zmagania, czyli telewizor. Z ciemnego podestu schodziło się parę stopni w dół na dębowe panele, na których stała skórzana niebieska kanapa,a obok niej turkusowe pufy. Wszędzie znajdowały się różne inne detale np.miecznik na ścianie, koralowce suche posadzone przy oknie, które były prawie wszędzie.
-Dzisiaj jest wasz pierwszy trening, musicie pokazać innym, że jesteście silni, może uda wam się dostać do grupy zawodowców- mówił Coren.
-Nie, że uda się, tylko na pewno się uda- drażnił się z nim Peter.
-Coś przegapiłam?- zagadałam.
- Nie nic, mówię tylko dzisiaj musicie sie postarać na treningu, pokażcie się z jak najlepszej strony i róbcie to w czym jesteście najlepsi-dodał.
-A może powie nam coś jeszcze nasza mentorka? Nie odzywałaś się dzisiaj w ogóle w sprawie igrzysk-skomentowała Kolokfia- nie to co w sprawie nas, jedzenia i temu jak ci jest ciężko. O tym wiem zanadto.
-Wiem, że mnie nie lubisz, ale nie musisz tego tak okazywać-połknęła niebieską tabletkę i popiła ją wodą- oni wiedzą, że niczego ich nie nauczę oprócz tego jak krzyczeć na służbę.
-Co mi pomoże zakamuflować się?- zapytałam.
Z twarzy Shonny znikł uśmiech, które zastąpiło zdumienie, a równocześnie podziw.
-Zawsze na arenie jest coś co może nam się przydać, na przykład w terenie skalnym rosną rośliny zwane potocznie cyntki, na pustyni przyda wam się piasek głębiej umieszczony niż ten na powierzchni, po natarciu sie nim jesteście prawie niewidzialni na tle pustyni- tłumaczyła- w lesie jest o wiele lepiej, tam co 3 roślina pomoże wam być nierozpoznawalni w buszu.
-Naprawdę dużo o tym wiesz- pochwalił ją Coren- Dobrze, wiecie już dużo, ruszajcie już na trening, bo zaraz sie spóźnicie, a i Vail...
Spojrzałam na niego, a on podszedł do mnie i tylko szepnął mi do ucha: "Pamiętaj, samej nie uda ci się przeżyć, nawiąż z kim bliższy kontakt, to ci pomoże".
Wstałam od stołu i zeszłam schodami kierując sie w stronę windy, a Peter zeskoczył z piętra i poszedł biegiem do swojego pokoju, mówiąc, że mnie dogoni .
Nie jechałam długo, zaledwie 2 piętra bo na piętrze gdzie mieściła się willa jedynki korytarzem na prawo szło się na boisko. Tam, w jednym rogu rozstawione były narzędzia, jakie tylko moglibyśmy sobie wymarzyć, w innym miejscu znajdował się mini lasek, gdzie można było uczyć się rozpalać ognisko lub, jak stawiać pułapki na zwierzęta, bądź ludzi. Zauważyłam też stanowisko przy, którym uczono sie rozpoznawania rodzajów owoców i roślin, oraz w drugim rogu, znajdowała się ścianka wspinaczkowa. Wokół było dużo więcej podobnych urządzeń do treningu, które trudno mi teraz opisać. Podeszłam do grupy trybutów stojących naokoło rudego mężczyzny, który tłumaczył coś chłopakowi z trójki. Ledwo podeszłam do tłumu gdy na zewnątrz wybiegł bocznym wejściem Peter, kierując się w naszą stronę.
-Tak, już wszyscy?- zawrócił się do nas- To tak, przez trzy najbliższe dni, macie czas na trenowanie swoich zdolności. Dzisiaj jest trening obowiązkowy, następne są nieobowiązkowe, albo mogą być też treningi zamknięte, dla jednego trybuta.Za dwa dni pokażecie sponsorom co potraficie i wystawią wam za to punkty. To wszystko.
Każdy z nas rozszedł się w innym kierunku do różnych stanowisk. Nie chciałam pokazać się z jak najgorszej strony, dlatego udałam się do miejsca gdzie ćwiczyło się zdolność dobrego kamuflażu. Chwyciłam w dłoń pędzel i zaczęłam bazgrać po dłoni. Po pół godzinie, gdy położyłam rękę na głazie, była nie do odróżnienia. Znudziło mnie już to, dlatego udałam się w kierunku owego małego lasku, by poćwiczyć rozpalanie ogniska. Uklęknęłam nad ściółką, a do ręki wzięłam dwie małe, suche gałązki i zaczęłam trzeć je o siebie nawzajem. Niezbyt umiem takie rzeczy, ale muszę się w tym wprawić.
Zmagałam się z tym około 10 minut gdy nagle przed sobą ujrzałam cień, spojrzałam w górę i zobaczyłam stojącą przede mną rudą dziewczynę.
-Daj pomogę ci- zaproponowała- Mam na imię Drew, ale mów mi Rufy.
-Jestem Vailith- przywitałam się- Niezbyt umiem się tym.... obsługiwać.
-A nie jesteś przypadkiem z dystryktu 4?-zapytała rudowłosa.
- Tak-przyznałam- Jednak ja różnię się trochę od osób z 4...
-Ja też!-zaśmiała się- popatrz na kolor mojej cery, jest blado różowa. Wszyscy w moim dystrykcie mają częściej ciemną karnację.
Gdybym tylko ja miała taki problem...
-Ćwiczyłaś już rzut oszczepem, albo strzał z łuku, lub wspinaczkę wysokogórską?- dopytywała przyglądając mi sie uważnie.
- Szczerze? Nie.- powiedziałam spoglądając na innych trybutów.
-To może czas czegoś spróbować?- zaproponowała Rufy.
Otrzepałyśmy się z kępy liści i mokrego piasku, poszłyśmy w stronę tarcz do ćwiczeń strzelania z łuku. Tam swoich sił próbował mały Charlie. Wziął do ręki łuk, a do drugiej strzałę, chwile siłował się z umieszczeniem strzały na właściwej pozycji, gdy popchnął go wysoki brunet i powziął łuk w własne ręce.
-To jest Set- szepnęła mi do ucha Rufy- nie radze ci z nim zaczynać, on jest maszyną do zabijania. Mogę się założyć, że będzie w grupie zawodowców, jak dla mnie to stado skrzeczących sępów. Niby potrafią posługiwać się dobrze bronią, ale na arenie nie tylko to się liczy, trzeba mieć także wytrzymałą psychikę.
Chłopak spojrzał na tarcze, zamknął oczy i odwrócił głowę w naszą stronę i po kolei trafił idealnie w sam środek każdej z tarcz. Zrobiło to na mnie duże wrażenie.
Rzucił arkadę na ziemie i poszedł w kierunku następnych stanowisk. Teraz przyszła moje kolej. Ze stosu ostrzy leżących na długim stole wyjęłam kilka małych nożyków. Była to chyba jedyna broń, którą w miarę potrafiłam się posługiwać. Skupiłam się na jednym manekinie i przygotowałam pierwsze ostrze. Wycelowałam i precyzyjnie rzuciłam nim w manekina. Trafiłam. W kukłę, ale nie w tarczę. Sztylet utknął w ręce kukły. Próbowałam nie patrzeć się na Rufy, by nie widzieć rozczarowania w jej oczach. Sięgnęłam bo następny scyzoryk i ty razem rzuciłam z większym rozmachem. Trafiłam. Tym razem udało mi się wycelować w tarczę, jednak nożyk wylądował prawie na granicy końca dysku.Został ostatni sztylet i ostatni manekin. Wzięłam zamach i jednym ruchem posłałam nóż w stronę marionetki i utknął w samym środku tarczy. W duchu uradowałam się, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Dobrze ci idzie- powiedziała zawieszając głos.
-Jeszcze poćwiczę - podsumowałam uśmiechając się.
Chyba znalazłam kogoś z kim mogę nawiązać sojusz. Tylko, czy ona tego chce? Na początku sama nie chciałam się z nikim zaprzyjaźniać i działać na własną rękę. Może to nie ta droga? Sama już nie wiem... Przynajmniej postaram się i zrobię coś, żeby Rufy była ze mnie dumna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz