niedziela, 7 lipca 2013

Rozdział 11

"Niech  los ci sprzyja"
Elien:

Wczorajszy dzień dłużył się w nieskończoność. Nie mogłam się doczekać następnego dnia, ale dzisiaj wiem, że to był błąd. Do Igrzysk pozostał jeden dzień. Jedna część mnie chce się cofnąć w czasie, a druga pchnąć wszystko do przodu, chce mieć to wszystko za sobą.
 Stoję teraz na wysokiej konstrukcji z drewna, by poćwiczyć wytrzymałość rąk. Niedawno byłam na ściance wspinaczkowej, to coś podobnego tylko, że zamiast piąć się w górę, starasz się schodzić w dół używając samych rąk i nie podpierając się stopami. Stoję obok Dirucka, chcę z nim wyjaśnić kilka spraw.
-O co ci chodzi?- zapytałam.
-Niezbyt cię rozumiem- odpowiedział zakładając ochronne rękawice.
-Nie odzywasz się do mnie od dożynek, a teraz chcesz udawać rycerza w lśniącej zbroi- wyjaśniłam i założyłam zabezpieczenia.
-Przepraszam, zachowuje się inaczej,  co innego czuje w sercu. To jest trudne, już ci to kiedyś mówiłem.
Chłopak nałożył buty, które na czubach miały zamontowane śliskie kółka. Złapał sie pierwszego wystającego wybrzuszenia i subtelnym ruchem zaczął spuszczać się coraz bliżej ziemi. Szło mu bardzo dobrze, aż za dobrze. Bardzo się martwiłam, bo pamiętam jak niedawno spadłam z ścianki wspinaczkowej, na szczęście tu, co nie powiem o ściance były zabezpieczenia.
Usiadłam na podłodze i kurczowo złapałam to samo wybrzuszenie, za które trzymał sie Diruco. Poczekałam chwilę i bez namysłu odwróciłam się i powoli zaczęłam schodzić w dół.
Ręce bolały mnie niemiłosiernie, więc próbowała wspomóc sobie nogami, ale wszystko na darmo. Byłam już w połowie drogi do mety. Przez chwilę myślałam, że dalej już nie dam rady. Nie mam silnych rąk, takie sprawy są dla mnie nie lada wyzwaniem. Spojrzałam w dół i w górę, na szczęście wszyscy zajmowali sie czymś ważnym i nikt nie zwracał na mnie uwagi. W jednej chwili wpadłam na świetny pomysł wzięłam zamach jedną nogą i stopą z całej siły uderzyłam o głaz. Kula roztrzaskała się o skałę, a jej małe kawałeczki rozproszyły się po całym polu pod konstrukcją. Na bucie zostały jeszcze małe odłamki po kuli, ale to nie przeszkadzało mi przy podpieraniu się nogą o ścianę. Skoczyłam na ziemię i usiadłam na ziemię kładąc ręce na kolana. 
-Uważaj,nie jeden stracił dłoń na tej ściance- zobaczyłam obierającego sie o belkę Douglasa.-jeden zły błąd i jedziesz do szpitala z rozerwanym mięśniem.
-To był pierwszy i ostatni raz- ukryłam głowę miedzy kolanami i głęboko westchnęłam.
-Chyba nie będziesz tego robić na "pokazie talentów"?
-O czym ty mówisz?- spytałam rozkojarzona.
-Nie wiesz? Dzisiaj wieczorem odbędzie się coś takiego jak "pokaz talentów". Każdy z nas będzie się prezentował indywidualnie przed sponsorami i ważnymi osobistościami z Kapitolu.-powiedział , a następnie podszedł do mnie i podał mi swoją rękę, by pomóc mi wstać.
-Kiedy to sie zacznie?
-Powinno......za godzinę.
Nagle zza moich pleców wyłonił się Diruco i przywitał mnie.Zapoznałam ich ze sobą, było trochę niezręcznie, ale mi to nie przeszkadzało.
Usłyszeliśmy trzeszczenie głośników, a z nich dobiegał cichy głosik mamroczący coś pod nosem, a po nim nastąpił głośny chrypliwy głos.
-Wracajcie do swoich apartamentów, a za godzinę zbierzcie się na korytarzu przed boiskiem, w kolejności występowania dystryktów. 
Nie chciałam iść z obydwojgiem naraz dlatego, gdy tylko zobaczyłam Rufy, z którą nie dawno trochę udało mi się wymienić kilka słów, podbiegłam do nich, gdyż szła razem z Vailith. Rozmawiałyśmy trochę o pokazie, trochę o Panem, o wszystkim byle nie o Igrzyskach.Nie dziwię sie im, też nie mam zamiaru słyszeć o nich w tej chwili.
Minuta mijała za minutą. Usiadłam przykulona na sofie i spoglądałam na wskazówki zegara, które jakby w spowolnionym tempie zapowiadały, że za 10 minut czas schodzić. W apartamencie panowała głucha cisza, nawet Avira nie odezwała się do mnie ani słowem by skrytykować to jak mi poszło na dzisiejszym treningu. Marnie przeglądała książkę "Wieczna nicość" i co chwile poprawiała małe okularki umieszczone na koniuszku jej nosa. W jednej chwili ze swojego pokoju wyszedł Diruco i przysiadł się do mnie.
- Zauważyłam, że bardzo lubisz się skradać- powiedziałam spoglądając na niego z ukosa.
-Trzeba ćwiczyć, prawda?- wytłumaczył się.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza, ale przerwał ją sygnał dzwonka, do którego od razu podbiegła Avira.
-Ten Douglas, to na prawdę fajny chłopak- przyznał Diruco.
-Mówisz jak dziewczyna- lekko się uśmiechnęłam i wstałam z kanapy otrzepując się z piórek z narzuty.
-Można z nim naprawdę porozmawiać, zna się dobrze na Igrzyskach.
-Mam mały komunikat!-obwieściła Avira- władze powiedziały, że wszyscy trybuci mają zostać w pokojach, a wywoływani będziecie przez radio-wskazała palcem na głośniki.
Usłyszałam świst i z owych głośników cienki głosik powiedział: "Trybutka Maureen- Dystryktu 1, a następnie trybut Wesley-Dystrykt 1". Nałożyłam specjalny strój w którym mieliśmy się prezentować i ruszyłam w stronę windy.
-Dokąd się wybierasz? Nie słyszałaś co mówiłam?- oburzyła się Avira.
-Będę w pokoju tylko nie swoim- odpowiedziałam.- idę do Vailith.
-Dobrze myślisz, twórz sojusz-pochwaliła mnie kobieta.
Przewróciłam tylko oczami i weszłam do małego pomieszczenia. Zjechałam w dół na piętro 4 dystryktu i po cichu prześlizgnęłam sie do pokoju Vail. W mieszkaniu widocznie nikogo nie było,albo każdy siedział w swoim pokoju. Na szczęście zobaczyłam koleżankę leżąco na plecach na łóżku i patrzącą w sufit. Nie była sama. Chwilę później zobaczyłam Klęczącą przy kwiatach Rufy i tłumaczącą coś zawzięcie.
-Hej, też udało cię się wyrwać z pokoju?- powiedziała uśmiechnięta rudowłosa.
-Nie było tak źle, pomyślałam, że nie chce sama czekać tych 2 godzin sama.
-Co pokażecie na tym "pokazie"?-zapytała zaciekawiona Vailith.
-Może zaprezentuje moje podejście do roślin, umiem dobrze je rozpoznawać-Rufy wzięła konewkę i podlała kaktusa.- Na prawdę, trzeba mieć talent, żeby doprowadzić do tego, że kaktus zwiędnie.
-Ja pokażę jak obchodzę się z wachlarzami bojowymi. Bawię się z nimi od dziecka.-usiadłam obok Vail na łóżku.
-Może spróbuję pływania.... Tylko nie wiem co mam dokładnie zrobić-zastanowiła się.
-A umiesz łowić ryby samymi rękoma? To by było coś.-podpowiedziałam jej.
-To jest dobry pomysł!-uradowana podniosła się z łóżka.-Tylko skąd wezmę ryby, tam ich przecież nie znajdę.
-Hmm...... Nie ma takiej zasady, że nie można brać ryb z pokoju- uśmiechnęła się Rufy.
 Nagle rozbrzmiał znajomy odgłos i ktoś powiedział: "Trybut Travis-Dystryktu 3, a następnie trybutka Vailith-Dystrykt 4"
-Pora na mnie- powiedziała, a następnie poszła do akwarium wyłowić kilka ryb.
-Pamiętaj, "Niech los ci sprzyja".-dodałam i tylko usłyszałam odgłos zamykających się drzwi.
 
 

sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział 10

 "Jak ryba w wodzie"

Vailith:

Snując sie powoli po korytarzu nie chciałam wrócić do pokoju. Wypełniał mnie niepokój. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że na arenie, pewnie zginę, a moja matka może nawet o tym nie wiedzieć. Przecież nie widziałam jej na dożynkach, pewnie nawet nie wie o tym, że jej córka została trybutem.
Chodziłam w kółko aż nagle ktoś złapał mnie za rękę. Szybko sie odwróciłam a moim oczom ukazał się Coren.
-Twoi rodzice dzwonią, pośpiesz się- powiedział i pociągnął mnie za sobą.
Weszliśmy do pokoju, a następnie w stronę telefonu. Kolokfia siedziała na kanapie i razem z Peterem oglądała program prowadzony przez Ceasara.
Chwyciłam w dłoń słuchawkę, a w niej usłyszałam chrypliwy głos ojca, który mówił w tym czasie do mojej macochy.
-Dzwoniłem już wiele razy do Kapitolu, ale to nic nie dało. Koordynator igrzysk nie chciał nawet tego słyszeć, a strażnicy pokoju nie dają sie przekupić.
-Próbowałeś już użyć pereł, które znalazłeś nad brzegiem morza?- zasugerowałam.
-Vail?-odezwał się głos ze słuchawki- Próbowałem....próbowałem zrobić coś, żeby zrobili losowanie od nowa,ale.... Jestem wpływową osobą, ale to mnie przerosło...Ja...
-Przestań-rzekłam- nie obwiniaj się, tak miało być, już tego nie zmienisz. Jest mi tylko smutno, że nie pożegnałam się z wami.
-Dzisiaj zamierzam iść do ambasady,a jeśli to nie wypali...
Rozłączyłam się. Nie chciałam więcej słuchać, jak bardzo mój ojciec nie wierzy w to, że przeżyję. Mam nadzieję, że zostawi tą sprawę w spokoju i pozwoli mi zginąć na arenie. Niestety taka jest prawda. Spośród 24 osób jedna przeżyje i to na pewno nie będę ja.
Powędrowałam w stronę łazienki i do wanny wlałam gorącą wodę. Zanurzyłam się w niej i spróbowałam odprężyć, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Podaj grzebień-powiedział Peter.
-Idź stąd- powiedziałam spokojnym głosem patrząc na pieniąca się pianę.
-No proszę cię- nie przestawał.
-Przyjdź za godzinę-denerwowałam go.
W jednej chwili otworzyły się drzwi i szybko zamknęły, ale chłopak już był w środku. Miał na oczach zawiązaną bandamkę i po omacku szukał grzebienia.Gdy go znalazł podszedł do lustra i odsłonił jedno oko, a następnie zaczął poprawiać swoją zawiniętą do tyłu grzywkę.
-Ładne nogi- powiedział spoglądając na własne odbicie i łobuzersko się uśmiechając.
Szybko sięgnęłam do zlewu i odkręciłam kran, kładąc palec pod wylot. Z kranu zaczęła tryskać woda na wszystkie strony, a Peter zaczął osłaniać się rękoma i pobiegł do wyjścia.
Po tym wszystkim chciałam jak najszybciej stąd wyjść, dlatego owinęłam się w szlafrok, a na włosy założyłam ręcznik i udałam sie do mojego pokoju. Przez chwilę siedziałam na łóżku, lecz następnie położyłam sie próbując zasnąć. Nic to nie dało.
Przy zgaszonym świetle leżałam przez chwilę na łożu wpatrując się w sufit, gdy nagle w drzwiach zobaczyłam znaną twarz.
-Śpisz?-zapytała Rufy dyskretnie zamykając drzwi.
-Staram się, ale to mi nie wychodzi- przyznałam podnosząc się na rękach.
-Ten program był okropny, zaczęli wypytywać mnie o moją rodzinę.
-A coś w tym złego?-zastanowiłam się.
-Nie znam rodziców, porzucili mnie gdy byłam mała.-zaczęła opowiadać.- Przez moje rude włosy nikt nie chciał się mną zaopiekować. Podobno jest taki przesąd, że kolor rudy, zapowiada przekleństwo całej rodziny. W naszym dystrykcie, nie ma wiewiórek, nikt nie ubiera sie na pomarańczowo, ani nikt nie ma rudych włosów, oprócz mnie. Jednak po pewnym czasie pewna czarnoskóra rodzina postanowiła mnie adoptować. Nie myśleli oni o przekleństwie, nie uznawali przesądów. Są to najwspanialsi ludzie jakich znam, ale innym się to nie podoba.
-U mnie rodzice się rozstali, ale przynajmniej utrzymuje z każdym z nich kontakt.
-Nawet nie wiesz jakie masz szczęście, pomyśl o tym.-uśmiechnęła się- Chyba słyszę jakieś kroki, pójdę chyba, nie wolno nam tak wychodzić z pokojów.
Pożegnałam się z nią i na reszcie udało mi się zasnąć.
Następny dzień zaczął się leniwie jak zwykle. Wstałam, zjadłam śniadanie, ale Petera na nim nie było. Okazało się, że wstał rano i skoro świat poszedł na trening.
Ustałam w windzie i powoli zjechałam nią na pierwsze piętro.Skierowałam się na boisko, na którym było już trochę trybutów. W oddali zauważyłam Rufy stojący przy stoisku z roślinami. Klęczała nad grządkami z egzotycznymi, czerwonymi pokrzywami. Podbiegłam do niej i przywitałam się. Dziewczyna zaczęła mi dawać wskazówki na temat hodowli roślin. Na arenie, może uda mi się wyhodować drzewa, ale szybko rosnące rośliny takie jak owe pokrzywy, czemu nie.Te akurat są dobre na różnorakie rany, ale każde służą do czego innego.
Podeszłyśmy następnie do telebimu, na którym były wyświetlone wzory roślin. Było ich mnóstwo i mieściły się równo obok siebie. Rufy stanęła przed elektronicznym blatem i zaznaczała czerwonym kolorem rośliny trujące i kolorem zielonym rośliny lecznicze, w które skład wchodziło też ziele jadalne.
Dziewczyna robiła to tak szybko, że nie nadążałam wieść oczami za jej dłońmi.
Byłam pod wrażeniem, Drew jest dla mnie jak osobisty mentor, potrafi wszystko, czego ja nie. Może mnie naprawdę dużo nauczyć.
-Chcesz spróbować?-zaproponowała i zarzuciła swoje rude loki, na plecy.
-Nie dziękuję, nie chcę się ośmieszać- zaśmiałam się.
Poświęciłyśmy jeszcze chwilę na poszerzanie wiedzy o roślinach, a następnie udałyśmy się do wielkiego zbiorniku wodnego. Jak się okazało było to miejsce, w którym brylowałam. Pływać umiałam już od 5 roku życia. Spoglądałam czasem na innych trybutów męczących się w wodzie i próbujących wydostać się ze zbiornika. Zamierzałam nauczyć Rufy pływać, ale na początku trudno ją było w ogóle namówić by weszła do wody.Powoli zanurzyła swoje ciało i starała się unosić na wodzie. Pomogłam jej trochę nad poruszaniem się w niej i zaczynało jej nawet to wychodzić.
Znów usłyszałam znajomy dźwięk. Odgłos rogu. Praktycznie do igrzysk pozostał jeden dzień. Musze go dobrze wykorzystać.

niedziela, 16 czerwca 2013

Rozdział 9

"Postaram się zrobić takie show,
aby każdy mnie zapamiętał."

*Narracja trzecioosobowa*

Obie dziewczyny wróciły do swoich pokoi następnie udały się na rutynowe zabiegi. Trafiły na te same stanowiska i do tych samych osób co ostatnio. Po wszystkim wliczając w to makijaż, fryzurę i strój, trybuci udali się do budynku, znajdującego się tuż obok hotelu, w którym działy się najważniejsze uroczystości.Następnie przeszli do średniej wielkości pomieszczenia i na telebimie, który był umieszczony na jednej ze ścian, ukazał się Ceasar , a przed nim zasiadała publiczność zajmując po kolei rzędy ciągnące się w nieskończoność. Trybuci ustali w jednej grupie i czekali na osobę, która pokieruje ich i wyjaśni co maj zrobić. Po chwili na schodach ukazała się długowłosa piękność, o długich nogach i ze słuchawką w uchu.
-Teraz odbędzie się program, w którym każdy z was osobiście zaprezentuje się widzom- zaczęła wysokim głosikiem- ustawcie się szybko w szeregu w kolejności występowania dystryktów.
Każdy ustał na wyznaczona przez kobietę miejsce i wlepił wzrok w telewizor. Tym razem Ceasar zapowiadał pierwszą trybutkę- Maureen B. Riley. Dziewczyna szybkim krokiem wbiegła po schodach na swoich wysokich szpilkach i udała się w stronę platformy na którą zaprosił ją prezenter. Wypytywał ją o różne sprawy, o igrzyska i tak było z każdym.
Po około pół godzinie przyszedł czas na Vailith. Przepełniona spokojem pokonała stopnie i znalazła się na podeście. Przez chwile poprawiła uczy, które sterczały jej z czubka głowy i uciskały ją w głowę. Ceasar wziął jej rękę i pocałował a ona dygnęła. Zasiadła na puchowym czarnym fotelu i czekała na bombę pytań.
-Witaj Vail, mogę ci mówić Vail, prawda?- odpowiedział na swoje pytanie- jak się czujesz?
-O dziwo dobrze-rzekła dziewczyna i postarała się uśmiechnąć.
-Pochodzisz z 4 dystryktu, czyli jesteś dobra w sztuce przetrwania, mam rację?
Po chwili zastanowienia Vailith odgarnęła swoje z twarzy swoje bujne włosy i powiedziała:
-Mam taką nadzieję-skłamała.
-Powiedz mi nie tęsknisz za swoją matką? Przecież nie zdążyłaś się z nią pożegnać.-powiedział mężczyzna ze współczuciem.
Trybutka przełknęła ślinę i na chwilę zaniemówiła. Kompletnie o niej zapomniała.Na samą myśl o tym, że nawet nie powiedziała jej jak ją kocha, łzy cisnęły jej sie do oczu.
-To oczywiste, że tęsknie- powstrzymała się od płaczu i od powiedzenia czegoś, za co kapitol mógłby ją srogo ukarać.- Niczego na świecie bym więcej nie pragnęła, niż tego by mogla znowu mnie przytulić i powiedzie dobre słowo.
Na usta cisnęły jej się taki zdania jak "To przez was nie mogłam tego zrobić", "Jeszcze masz czelność się o to pytać?" lub "Już niestety nic nie będzie tak jak dawniej, pozabijamy się na wzajem i do czego to doprowadzi?".
-Miejmy nadzieję, że tak się stanie- dokończył i złapał mnie za rękę, a następnie puścił i zadał kolejne pytanie- Wierzysz w to, że masz szanse wygrać?
-Nie, nie wierze, ale postaram się zrobić takie show, żeby każdy mnie zapamiętał.
Oboje wstali, a Ceasar podniósł jej rękę i krzyknął:
-Vailith Bellevue!
Następnie dziewczyna zeszła do pokoju, w którym byli wszyscy trybuci i nie patrząc na nikogo udała się w stronę wejścia.
Na swoją kolej czekało jeszcze wiele osób w tym Elien. Stała jak podparta o ścianę i co chwilę spoglądała na telebim,a Diruco rozmawiał w tym czasie z Marnie.
-Cykorek?- zapytał Douglas podchodząc do niej.
-Trochę- uśmiechnęła się- nie wiem czym się stresuję, ale czymś na pewno.
-Ja boję się pytań dotyczących Kapitolu. Boję się, że powiem coś co obrazi państwo. Z drugiej strony, przynajmniej nie brał bym udziału w igrzyskach tylko siedział w więzieniu- dokończył.
-Każdemu zadają inne pytania, nie wiadomo co ci się może trafić-skomentowała- nie chcę żadnych pytań o brata, wszyscy widzą w nim kalekę.
-Ale ty przecież tak nie uważasz?- rzekł- Czasem bycie na arenie nie jest najgorsze.Zostanie w domu i patrzenie na śmierć bliskiej osoby wydaje się nieporównywalne.
-Może to i racja- potwierdziła.
Nagle usłyszeli głos dochodzący z korytarza wołający Douglasa.
-Pamiętaj nie masz się o co martwić. Wyglądasz przepięknie- chłopak obdarował Elien szczerym uśmiechem i poszedł w kierunku miejsca, z którego dochodziło wołanie.
Dziewczyna Lekko się zarumieniła uśmiechnęła pod nosem,ale po chwili wróciła na miejsce i odliczała minuty do wejścia.
Czas minął szybko, gdy mężczyzna wywołał Elien. Wspięła się na podest,a co za tym idzie wniosła do studia radość i życie.Pełna uśmiechu by zadowolić sponsorów skierowała się w stronę Ceasara.
-Usiądź proszę- zasugerował po powitaniu.
Fotel był ciepły i miękki, więc wywiad nie zapowiadał sie do końca fatalny.
-Słyszałem, że na dożynkach, zgłosiłaś się na trybuta, chroniąc swojego brata? Musisz być na prawdę dzielna, by odważyć się na taki czyn.
-Tak- skomentowała krótko-zacytuje teraz pewną osobę. "Czasem bycie na arenie nie jest wcale takie złe. Zostanie w domu i patrzenie na śmierć bliskiej osoby wydaje się dla mnie gorsze."
-Myślisz już bardziej poważnie, o wejściu w sojusz?
-Chyba tak, myślę, że są osoby, które byłyby dobrymi sojusznikami- dziewczyna pomyślała w tym czasie o Douglasie i w mniejszym stopniu o Vailith.
-I jeszcze jedno krótkie pytanie. Dlaczego chcesz wygrać?- spojrzał na nią swymi czarno kruczymi oczyma,  a następnie w stronę publiczności.
-Dlaczego?- zamyśliła się przez chwilę- By znów zobaczyć uśmiechnięta twarz Ksaniela mówiącą "Wiedziałem, że ci się uda".
-Dziękuję bardzo- ustał na równe nogi i delikatnie wziął rękę Elien, która powędrowała ku górze- Elien Moonlight!
Dziewczyna pomachała widzom i poszła do pokoju, w którym wcześniej czekała mijając się w przejściu z Diruckiem. Posłał jej uśmiech i przez chwilę musnął jej rękę swoją dłonią.Elien przeszłą przez korytarz i na chwilę przystała. Po krótkim zamyśleniu wróciła i postanowiła poczekać i obejrzeć występ Diruca.
-Witaj- przywitał go mężczyzna.- Więc jak to jest opuścić wreszcie własny dystrykt.
-Naprawdę dziwnie, nigdy wcześniej nie byłem tak daleko od domu- powiedział pełen opanowania.
-Ale jednak jest to miłe uczucie, dodatkowo mając przy sobie tak piękną i uroczą dziewczynę- Ceasar puścił mu oko.- Powiedz nam coś o tym.
-Tak Elien jest naprawdę cudowną dziewczyną- uśmiechnął się- i myślę, że mogę o tym powiedzieć. Jesteśmy parą od około roku.
Cała sala jednym chórem powiedziała "Awww" co odrobinę zawstydziło chłopaka.
-Ach, to jednak będzie wam trochę ciężko na arenie- powiedział prezenter.
-Postaram się zrobić wszystko, żeby przeżyła-zobowiązał się Diruco.
Elien zamarła. Przez chwilę myślała, że to był tylko sen. Nie chce żeby jej chłopak zmarnował swoje życie, by ją chronić. Nie odzywał się do niej przez ostatnie dni, a teraz udaje obrońce uciśnionych.
Dziewczyna obróciła się na pięcie i szybkim krokiem pobiegła do apartamentu.  
Strój Elien


Strój Vailith

sobota, 8 czerwca 2013

Rozdział 8

"W każdym z nas jest taka mała cząstka egoisty"

Elien:

Jestem teraz na moim pierwszym treningu. Ranek minął mi spokojnie, nic wielkiego. Trener wytłumaczył nam jak wszystkim się posługiwać i wreszcie ruszyłam do ćwiczeń. Na początku chciałam spróbować swoich sił w posługiwaniu się zabójczymi narzędziami  Spojrzałam na blat gdzie rozłożona była broń. Na samym rogu leżało narzędzie bardzo dobrze mi znane, które wyglądało na  w ogóle nie używane. Podeszłam bliżej i chwyciłam w dłoń jedne z wachlarzy bojowych. Są to niby zwykłe wachlarze, jednak na końcach są ostre jak żyletka. W wypustkach, znajdujących sie w drewienkach, które przytrzymują konstrukcję, mieściły się mordercze igły, które zawierały w sobie sok z jednej mało znanej rośliny.Wiele osób nie umie władać tą bronią, ale matka uczyła mnie od najmłodszych lat, jak trzeba się z tym narzędziem obchodzić.
Stanęłam na wyznaczonej linii i na początku miotałam strzałkami w czerwone punkty pokazujące się na  wielkiej białej ścianie, która stała około 20 metrów ode mnie. Następnie ścianka zaczęła poruszać się w jedną stronę a za nią ujrzałam grupę plastikowych manekinów. Rozpędziłam się i zaczęłam ciosać je na prawo i lewo.Pozbyłam się głów, rąk i nóg kończąc na przecięciu plastikowych ciał. Kończąc wróciłam na miejsce i odłożyłam wachlarze, na miejsce skąd je wzięłam.
-Dobrze sobie z nimi radzisz- pochwalił mnie męski głos.
Odwróciłam się, a obok mojej twarzy przefrunęła złot strzała, która na końcu utknęła w samym środku tarczy znajdującej się na cienkiej lince zawieszonej wysoko na metalowej poręczy. Wisiało tam wiele tarcz, które huśtały się na wąskich, przezroczystych żyłkach. Zwróciłam się w stronę osoby, która do mnie zagadała. Był do uroczy, wysoki brunet, trzymający w rękach pozłacany łuk.
-W sensie,  z wachlarzami- poprawił się i odgarnął włosy z czoła.
- Dzięki, jestem Elien, dystrykt 9- posłałam mu szeroki uśmiech.
-Douglas, siódemka - przywitał sie.- Mało osób umie się nimi posługiwać, są przydatne, a zarazem najtrudniejsze do opanowania .
-Od dziecka matka uczyła mnie jak ciosać nimi zborze-wytłumaczyłam.
Zaczęliśmy wymieniać sie poglądami dotyczącymi igrzysk, oraz sztuczkami, jak przetrwać na arenie.Nie chciałam zbytnio rozmawiać z Diruciem, chociaż w każdej chwili spoglądałam w jego stronę i patrzyłam jak się stara. Po jakimś czasie zaproponowałam byśmy poszli na stanowisko gdzie znajdowała się ścianka wspinaczkowa. Nie było tam, żadnych uprzęży, albo zabezpieczeń, każdy musiał działać na własną rękę.
-Przepraszam, czy mogłabyś mi pomóc- powiedziała mała dziewczynka stojąca obok mnie.
-Oczywiście- uśmiechnęłam się do niej i pomogłam jej wspiąć się na pierwszy kamień. Pomyślałam w jednej chwili, że ta dziewczynka nie przeżyje pewnie jednego dnia.
-Dziękuję- odpowiedziała grzecznie rozpromieniona mocno łapiąc się głazów.
Sama chwyciłam się pierwszego lepszego wybrzuszenia i wspinałam się coraz wyżej,aż nagle noga omsknęła mi się ze śliskiego zbocza i spadłam na dół, próbując uderzyć o ziemię jak najmniej boleśnie. W duchu modliłam sie oby nic mi się nie stało, bo nawet gdybym złamała jakąś część ciała to i tak musiałabym brać udział w igrzyskach.O dziwo nie runęłam jak długa na ziemię, tylko zanurzyłam się w czyichś ramionach.
-Spadłaś na mnie jak grom z jasnego nieba- zaśmiał się Douglas łapiąc równowagę.
Złapałam się kurczowo jego szyi, by kontem oka spojrzeć czy Diruco nie widział zaistniałej sytuacji. Mógłby to opacznie zrozumieć.
Chłopak odłożył mnie na ziemie, a ja podziękowałam za uratowanie mi życia. Może to nie było dobre określenie, ale kto wie, mogłam złamać sobie kręgosłup, lub coś gorszego.
W jednej chwili usłyszałam dźwięk rogu, który oznajmiał koniec treningu. Wszyscy udali się do wyjścia i do swoich apartamentów.
 Nie chciało mi się czekać na wolną windę, dlatego wbiegłam wysokimi schodami na górę. W tym samym czasie, kiedy znalazłam się w mieszkaniu, otworzyły się drzwi windy i wyszedł z nich Diruco. Zmierzwił swoją bujną czuprynę i ruszył w kierunku sofy. Powoli uszyłam za nim, gdy za sobą usłyszałam znajomy głos.
- No, no, no Elien, widzę, że dobrze ci się powodzi- skomentowała Avira Opierając się o biszkoptową ścianę.
-Nie rozumiem o co ci chodzi- odrzekłam.
Ze schodów szybkim krokiem zeszła Marnie, i podpierając sie o laskę, podeszła do mnie i pociągnęła mnie za rękę do mojego pokoju.
-Nie igraj z nimi, nie wyjdziesz na tym dobrze- powiedziała ściszonym tonem.
-Nie wiem o co wam wszystkim chodzi!
-Oglądaliśmy wasz trening, nie każdy dystrykt ma widok na boisko treningowe- powiedziała- ten chłopak..... uwierz mi nie próbuj niczego grać.
-Ale ja nie gram- oburzyłam się.
-Wiem to, ale pamiętaj- złapała mnie z ramie i przysunęła do siebie- igrzyskami kierują kapitolończycy. Jeśli im się nie spodobasz wypadasz. Oni kochają historie miłosne, ale nie rozdwojone serce. Na razie nic się nie dzieje, ale na arenie odczujesz takie emocje i obudzą się w tobie takie instynkty jakich nigdy w życiu nie doświadczyłaś. Jeszcze mi za to podziękujesz.
Wyszła z pokoju i szepnęła coś na ucho zdezorientowanej Avirze, która po tym przyjęła pokerową twarz. Położyłam się na łóżku i spojrzałam w niebo, zaczęło się robić późno. Tu ,w Kapitolu, czuję się jakby czas płynął szybciej. Powoli niebo zaczynało wyglądać jakby było usiane gwiazdami.
W jednej chwili spokój przerwał jakiś niepokojący sygnał, a po nim usłyszałam głos dobiegający z domofonu, który dopiero zauważyłam zainstalowany tuż obok drzwi do mojego pokoju.
-PROSZĘ WSZYSTKICH TRYBUTÓW I ICH STYLISTÓW DO ZEJŚCIA DO GABINETU PIELĘGNACJI I PRZYGOTOWANIA SIĘ DO UDZIAŁU W PROGRAMIE. DZIĘKUJĘ-powiedział głos, po którym znowu nastąpił owy sygnał.
-Elien, podejdź tu na chwilę!-krzyknęła Avira spod, jak mi się wydawało, telewizora.
Podniosłam się z miękkiej pościeli i ruszyłam w stronę echa. Tak, dobrze myślałam. Podeszłam do kanapę i rozłożyłam się na niej wygodnie.
-Zanim wyjdziemy, mam dla ciebie mały prezent- poinformowała i wcisnęła duży czerwony przycisk znajdujący się na pilocie.
Wnet na ekranie telewizora ukazała się moja mama z bratem, siedzący w starym, obskurnym pokoju, podobnym do tego w jakim byłam po dożynkach. Matka trzęsła się i co chwilę odgarniała włosy, próbowała zachować kamienną twarz i pokazać mi, że sobie radzi. Natomiast Ksaniel siedział niewzruszony po prawicy matki i wpatrywał się w ścianę.Mi odjęło mowę z wrażenia, matka prawie uroniła łzę.
-Jak sobie radzisz?- powiedziała lekko ochrypniętym głosem.
-Bywało lepiej-rzekłam półgłosem.
Przez chwilę panowała grobowa cisza i było tylko słychać za drzwi ich pokoju kroki strażników pokoju.
-Nic mi nie chcesz powiedzieć?- zwróciłam się do brata.
-A co mam mówić?Wierzę, że wygrasz,uda ci się,wiem, że przeżyjesz?- skomentował ironicznie- nie nie wiem czy przeżyjesz i cały czas o tym myślę. Ja wiem jak umiesz się posługiwać bronią, matka wie wszyscy wiedzą, tylko nie ty sama. Boisz się zranić kogokolwiek. To tak nie działa, zawsze myślisz o innych, na arenie to sie nie sprawdzi.
-W każdym z nas jest taka mała cząstka egoisty- próbowałam sie obronić.
-Której ty nie masz- rzucił Ksaniel- Zrozum, arena to pole bitwy, nie zawody. Jedna osoba zwycięży.I bądź nią ty.
Padło połączenie. Odwróciłam się i ujrzałam za mną Avirę trzymającą w ręku pilot.
-Czas minął, idziemy- powiedziała sucho i udała się w kierunku windy. 

sobota, 1 czerwca 2013

Rozdział 7

"Jak stado skrzeczących sępów"
Vailith:

Następnego dnia obudziłam się w moim nowym pokoju z bólem głowy. Nawet nie zdążyłam zapoznać się domem, tylko od razu skierowałam się do łóżka.  Mój pokój nie był ogromny, była do dla mnie mała prostokątna klatka z oknem po prawej stronie. Na drugiej ścianie znajdowało sie ogromne akwarium, gdzie pływały ryby z mórz z mojego dystryktu. Podeszłam do szkła i zapukałam w nie, a jedna z ryb, ta za którą byłam przebrana na paradzie trybutów, cała się nastroszyła i wybałuszyła oczy, pokazując swoje ostre jak żyletka zęby.
-Nie jesteś zła-powiedziałam do niej- pragniesz tylko ochronić siebie samą. Jesteś podobna do mnie...
Skręciłam w stronę drzwi i chwiejnym krokiem weszłam do salonu. Był on ogromny, sufit był na wysokości około 12 metrów, a na nim zwisał kryształowy żyrandol. Na przeciwko mnie w oddali stały schody prowadzące do jadali, gdzie stał stół przykryty błękitnym obrusem, a przy nim krzesła na których siedzieli już Kolokfia, Shonna, Peter i Coren czekając na mnie.Na parterze znajdowało się miejce gdzie można oglądać nasze zmagania, czyli telewizor. Z ciemnego podestu schodziło się parę stopni w dół na dębowe panele, na których stała skórzana niebieska kanapa,a obok niej turkusowe pufy. Wszędzie znajdowały się różne inne detale np.miecznik na ścianie, koralowce suche posadzone przy oknie, które były prawie wszędzie.
-Dzisiaj jest wasz pierwszy trening, musicie pokazać innym, że jesteście silni, może uda wam się dostać do grupy zawodowców- mówił Coren.
-Nie, że uda się, tylko na pewno się uda- drażnił się z nim Peter.
-Coś przegapiłam?- zagadałam.
- Nie nic, mówię tylko dzisiaj musicie sie postarać na treningu, pokażcie się z jak najlepszej strony i róbcie to w czym jesteście najlepsi-dodał.
-A może powie nam coś jeszcze nasza mentorka? Nie odzywałaś się dzisiaj w ogóle w sprawie igrzysk-skomentowała Kolokfia- nie to co w sprawie nas, jedzenia i temu jak ci jest ciężko. O tym wiem zanadto.
-Wiem, że mnie nie lubisz, ale nie musisz tego tak okazywać-połknęła niebieską tabletkę i popiła ją wodą- oni wiedzą, że niczego ich nie nauczę oprócz tego jak krzyczeć na służbę.
-Co mi pomoże zakamuflować się?- zapytałam.
Z twarzy Shonny znikł uśmiech, które zastąpiło zdumienie, a równocześnie podziw.
-Zawsze na arenie jest coś co może nam się przydać, na przykład w terenie skalnym rosną rośliny zwane potocznie cyntki, na pustyni przyda wam się piasek głębiej umieszczony niż ten na powierzchni, po natarciu sie nim jesteście prawie niewidzialni na tle pustyni- tłumaczyła- w lesie jest o wiele lepiej, tam co 3 roślina pomoże wam być nierozpoznawalni w buszu.
-Naprawdę dużo o tym wiesz- pochwalił ją Coren- Dobrze, wiecie już dużo, ruszajcie już na trening, bo zaraz sie spóźnicie, a i Vail...
Spojrzałam na niego, a on podszedł do mnie i tylko szepnął mi do ucha: "Pamiętaj, samej nie uda ci się przeżyć, nawiąż z kim bliższy kontakt, to ci pomoże".
Wstałam od stołu i zeszłam schodami kierując sie w stronę windy, a Peter zeskoczył z piętra i poszedł biegiem do swojego pokoju, mówiąc, że mnie dogoni .
Nie jechałam długo, zaledwie 2 piętra bo na piętrze gdzie mieściła się willa jedynki korytarzem na prawo szło się na boisko. Tam, w jednym rogu rozstawione były narzędzia, jakie tylko moglibyśmy sobie wymarzyć, w innym miejscu znajdował się mini lasek, gdzie można było uczyć się rozpalać ognisko lub, jak stawiać pułapki na zwierzęta, bądź ludzi. Zauważyłam też stanowisko przy, którym uczono sie rozpoznawania rodzajów owoców i roślin, oraz w drugim rogu, znajdowała się ścianka wspinaczkowa. Wokół było dużo więcej podobnych urządzeń do treningu, które trudno mi teraz opisać. Podeszłam do grupy trybutów stojących naokoło rudego mężczyzny, który tłumaczył coś chłopakowi z trójki. Ledwo podeszłam do tłumu gdy na zewnątrz wybiegł bocznym wejściem Peter, kierując się w naszą stronę.
-Tak, już wszyscy?- zawrócił się do nas- To tak, przez trzy najbliższe dni, macie czas na trenowanie swoich zdolności. Dzisiaj jest trening obowiązkowy, następne są nieobowiązkowe, albo mogą być też treningi zamknięte, dla jednego trybuta.Za dwa dni pokażecie sponsorom co potraficie i wystawią wam za to punkty. To wszystko.
Każdy z nas rozszedł się w innym kierunku do różnych stanowisk. Nie chciałam pokazać się z jak najgorszej strony, dlatego udałam się do miejsca gdzie ćwiczyło się zdolność dobrego kamuflażu. Chwyciłam w dłoń pędzel i zaczęłam bazgrać po dłoni. Po pół godzinie, gdy położyłam rękę na głazie, była nie do odróżnienia. Znudziło mnie już to, dlatego udałam się w kierunku owego małego lasku, by poćwiczyć rozpalanie ogniska. Uklęknęłam nad ściółką, a do ręki wzięłam dwie małe, suche gałązki i zaczęłam trzeć je o siebie nawzajem. Niezbyt umiem takie rzeczy, ale muszę się w tym wprawić.
Zmagałam się z tym około 10 minut gdy nagle przed sobą ujrzałam cień, spojrzałam w górę i zobaczyłam stojącą przede mną rudą dziewczynę.
 -Daj pomogę ci- zaproponowała- Mam na imię Drew, ale mów mi Rufy.
-Jestem Vailith- przywitałam się- Niezbyt umiem się tym.... obsługiwać.
-A nie jesteś przypadkiem z dystryktu 4?-zapytała rudowłosa.
- Tak-przyznałam- Jednak ja różnię się trochę od osób z 4...
-Ja też!-zaśmiała się- popatrz na kolor mojej cery, jest blado różowa. Wszyscy w moim dystrykcie mają częściej ciemną karnację.
Gdybym tylko ja miała taki problem...
-Ćwiczyłaś już rzut oszczepem, albo strzał z łuku, lub wspinaczkę wysokogórską?- dopytywała przyglądając mi sie uważnie.
- Szczerze? Nie.- powiedziałam spoglądając na innych trybutów.
-To może czas czegoś spróbować?- zaproponowała Rufy.
Otrzepałyśmy się z kępy liści i mokrego piasku, poszłyśmy w stronę tarcz do ćwiczeń strzelania z łuku. Tam swoich sił próbował mały Charlie. Wziął do ręki łuk, a do drugiej strzałę, chwile siłował się z umieszczeniem strzały na właściwej pozycji, gdy popchnął go wysoki brunet i powziął łuk w własne ręce.
-To jest Set- szepnęła mi do ucha Rufy- nie radze ci z nim zaczynać, on jest maszyną do zabijania. Mogę się założyć, że będzie w grupie zawodowców, jak dla mnie to stado skrzeczących sępów. Niby potrafią posługiwać się dobrze bronią, ale na arenie nie tylko to się liczy, trzeba mieć także wytrzymałą psychikę.
Chłopak spojrzał na tarcze, zamknął oczy i odwrócił głowę w naszą stronę i po kolei trafił idealnie w sam środek każdej z tarcz. Zrobiło to na mnie duże wrażenie.
Rzucił arkadę na ziemie i poszedł w kierunku następnych stanowisk. Teraz przyszła moje kolej. Ze stosu ostrzy leżących na długim stole wyjęłam kilka małych nożyków. Była to chyba jedyna broń, którą w miarę potrafiłam się posługiwać. Skupiłam się na jednym manekinie i przygotowałam pierwsze ostrze. Wycelowałam i precyzyjnie rzuciłam nim w manekina. Trafiłam. W kukłę, ale nie w tarczę. Sztylet utknął w ręce kukły. Próbowałam nie patrzeć się na Rufy, by nie widzieć rozczarowania w jej oczach. Sięgnęłam bo następny scyzoryk i ty razem rzuciłam z większym rozmachem. Trafiłam. Tym razem udało mi się wycelować w tarczę, jednak nożyk wylądował prawie na granicy końca dysku.Został ostatni sztylet i ostatni manekin. Wzięłam zamach i jednym ruchem posłałam nóż w stronę marionetki i utknął w samym środku tarczy. W duchu uradowałam się, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Dobrze ci idzie- powiedziała zawieszając głos.
-Jeszcze poćwiczę - podsumowałam uśmiechając się.
Chyba znalazłam kogoś z kim mogę nawiązać sojusz. Tylko, czy ona tego chce? Na początku sama nie chciałam się z nikim zaprzyjaźniać i działać na własną rękę. Może to nie ta droga? Sama już nie wiem... Przynajmniej postaram się i zrobię coś, żeby Rufy była ze mnie dumna.

sobota, 25 maja 2013

Rozdział 6

"Miło mi cię poznać"

(UWAGA KRÓTKI POST, NA PRZEDSTAWIENIE TRYBUTÓW Z INNYCH DYSTRYKTÓW)
*Narracja trzecioosobowa*

Za chwilę miał odbyć się pokaz trybutów. Cała sala pękała w szwach,  zasiadali tam najbogatsi mieszkańcy Kapitolu. Inni, którym nie udało sie dostać do środka, albo ci, których po prostu na to nie stać, gromadzili sie przed telewizorami w domach, albo przed wielkimi elektrycznymi bilbordami w centrum dystryktów. Wszyscy trybuci stali przy swoich wozach ,ciągniętych przez pięknie,ozdobione konie i byli okrążeni przez stylistów, makijażystów i animatorów pilnujących aby wszystko powiodło się zgodnie z planem. Rydwany  stały w szeregu, w kolejności występowania dystryktów. Elien i Vailith spojrzał na siebie, wtedy się jeszcze nie znały. Obok stali ich partnerzy, Peter i Diruco. Młodszy nie mógł się doczekać i szybkim ruchem wskoczył do rydwanu, ponaglając dziewczynę, by zrobiła to samo. Druga para czekała na swoją kolej, by podjechał do nich wóz. Elien trzęsła się, ale próbowała zachować kamienną twarz, natomiast Vail była spokojna i wewnątrz i na zewnątrz, tylko lekki szok przeszkadzał jej w prezentowaniu dobrego wizerunku.Wokół panowała grobowa atmosfera, każdy był skupiony i czekał na rozpoczęcie parady.Wszyscy trybuci zasiedli w rydwanach i złapali za lejce. Nagle przed nimi otworzyły sie niewyobrażalnie ogromne wrota, a za nimi ukazała się droga wiodąca do pustego okręgu.Wokół całej ścieżki były postawione trybuny, na których zasiadali ludzie.Na przeciwko jednak stała wielka kolumna, której zamieszczony był balkon, gdzie zasiadał prezydent Snow. Był to mężczyzna w wieku 60 lat, od początku prowadzi igrzyska. Obok niego zasiedli najbogatsi mieszkańcy Panem,ostatni zwycięzcy 40 Głodowych Igrzysk i   Dymitrii ,organizator i główny koordynator igrzysk.
Wozy ruszyły, a Caesar- prowadzący igrzyska, razem z Wesem- głównym komentatorem, zaczęli przedstawiać po kolei trybutów:


DYSTRYKT 1 

Maureen B. Riley "Choo"


Wesley Navarro "Set"



DYSTRYKT 2

Perivi Frauc



 Lynch Motley



DYSTRYKT 3

 Eris Delore "Vulp"


 Travis Richardson



DYSTRYKT 4

Vailith Bellevue 
 


Peter Monachim



DYSTRYKT 5

 Madeline Cirkpatrick




Buster Rich



DYSTRYKT 6

Selene Britt


 Charlie Bitee



DYSTRYKT 7

Keke Easton


 Douglas Werner



DYSTRYKT 8

 Aleksis Joe "Echo"






 Scott Cartez "Magik"




DYSTRYKT 9

Elien Moonlight





 Diruco Haffner




DYSTRYKT 10

 Dolores Manning


Joseph Perez



DYSTRYKT 11

Drew Fluharty "Rufy"






Lance Cannon




DYSTRYKT 12

 Agnes Haney "Daimond"



Justin Fitch


  Rydwany powoli sunęły w stronę kręgu, a trybucie w nich machali do publiczności. Suknia Elien mieniła się różnymi kolorami, a za Vail ciągnęły sie pióra ze swojej kreacji. Wszyscy zatrzymali sie wokół owej kolumny i czekali na wypowiedz prezydenta Snowa.
-Witam wszystkich tu obecnych na rozpoczęciu ceremonii otwarcia 41 Głodowych Igrzysk- z głośników wydobył sie chrypliwy głos.
Rozległy się głośne oklaski, a prezydent zaczął dalej przemawiać:
-Minęło już 41 lat od czasu Mrocznych Dni dla państwa Panem. Niby czas niszczy rany, ale tak naprawdę zostają jeszcze trwałe blizny. Za trzy dni stoczycie walkę na śmierć z życie, a ten kto wygra będzie żył w luksusie i sławie jakiej mało osób doświadcza. Pamiętajcie to los tak chciał, że tu jesteście, to jest zaszczyt dla was.Reprezentujcie jak najlepiej swój dystrykt i niech los zawsze wam sprzyja.
Wszyscy wstali, aby obdarować brawami Snowa, a na telebimach pokazała się jego uśmiechnięta twarz. Wozy wraz z trybutami zakręciły do wyjścia i odjechały, a tłum ludzi zaczął sypać płatki róż na ich cześć. Vailith szybko wyskoczyła z rydwanu chwilę po przejechaniu przez olbrzymie drzwi. Chciała kierować się w stronę wyjścia, ale drogę zagrodziły jej Kolokfia i Shonna, później dobiegł do nich Peter.
-Wyglądaliście naprawdę cudownie-pochwaliła ich Kolokfia.
-Bywało gorzej- powiedziała opryskliwie mentorka.
-Chcę iść do pokoju- zaprotestowała dziewczyna i szybkim krokiem ominęła kobiety.
Natomiast po drugiej stronie pomieszczenia Elien witała sie z Marnie i Avirą.
 -Wyprostuj się, strój musi dobrze na tobie wyglądać- skomentowała Avira.
-Nikt już na nią nie patrzy uspokój się-powiedziała staruszka-wyglądacie bardzo ładnie.Musimy już iść do pokoju, musicie jutro być wypoczęci, będą treningi, a patrzeć na was będą potencjalni sponsorzy, a wieczorem wystąpicie w programie Caesara.
Cała czwórka ruszyła do wyjścia. Elien obróciła się za siebie by zapytać o coś Marnie, lecz nagle ktoś zderzył się z nią i upadła na ziemię.
-Przepraszam, nie zauważyłam cię- powiedziała Vailith łapiąc się.
-Nie spokojnie, nic sie nie stało- odpowiedziała Elien, a Diruco pomógł wstać obu dziewczynom.
-Jestem Elien, a to Diruco- dziewczyna przedstawiła się.
-Jestem Vailith, przepraszam, ale trochę sie śpieszę, chcą mnie tu dłużej zatrzymać, a ja się nie dam- uśmiechnęła się.
Na szczęście to już koniec............. pierwszego dnia w Kapitolu

niedziela, 19 maja 2013

Rozdział 5

"Kim ja jestem"
Elien:

Rozejrzałam się po pomieszczeniu i przejechałam ręką po białej donicy. Spojrzałam następnie w stronę szeregu drzwi i przeczytałam na jednych, jak ozdobnymi, złotymi literami, napisane było moje imię. Pociągnęłam za mosiężną klamkę i weszłam do środka pokoju. Był on niecodzienny niż pokoje jakie widziałam. Był kształtu ogromnej, wysokiej kuli, rozświetlonej świtałem wydobywającym się z miejsca zetknięcia się ściany i podłogi. Sufit zrobiony był ze szkła, przez co ,leżąc na ogromnym łóżku znajdującym się tuż nad oknem, można było oglądać niebo, a z Kapitolu było można zobaczyć najpiękniejsze zorze polarne lub ułożenie gwiazd , jakie widziałeś na oczy. Wokół łoża, praktycznie cały pokój był przepełniony roślinami, umieszczonymi w kolorowych donicach stojących na ziemi lub wiszących nad sufitem. Po prawej stronie namalowany był pewien obraz. Podeszłam do niego bliżej i po chwili ujrzałam na nim siebie. Stałam w bozie bojowej trzymając w dłoni wachlarz, który zakrywał część mojej twarzy. Nagle do mojego pokoju szybkim krokiem wparował Diruco zatrzymując się w wejściu. Podbiegłam do niego uwiesiłam mu się na szyi, kładąc głowę na jego ramieniu. Ku mojemu zdziwieniu chłopak odwzajemnił uścisk i oplótł swoje ręce o moja talie. Umiemy porozumiewać się bez słów i to mi wystarcza.
Obok przechodziła Avira, zatrzymała się i spojrzała na nas szczenięcymi oczami.
-Och, jakie to słodkie! -wzruszyła się- tak trzymać!
Marnie przewróciła oczami wstając z krzesła. Wzięła do reki kremową parasolkę i ruszyła w stronę windy.
-Chodźcie, nie chcemy się przecież spóźnić na pokaz trybutów-zasugerowała i wszyscy weszli do małego pomieszczenia.
Zjechaliśmy na parter i po porcelanowych kafelkach przeszliśmy do ogromnego długiego pomieszczenia, w którym mieliśmy się przygotować.Avira i Marnie opuściły nas, a tajemnicza blondynka z różowymi paznokciami sięgającymi ziemi pokierowała nas do ustalonych kabin. Czarnoskóry mężczyzna kazał mi się przebrać tylko w zielona pelerynę, a następnie położyłam się na miękkim blacie i się zaczęło. Najpierw depilacja woskiem, potem dogłębne oczyszczanie, a następnie układanie włosów. W czasie całego zabiegu próbowałam zagadywać mężczyznę jak tylko mogłam, ale wszystko na darmo, otwierał usta i tylko je zamykał. Nagle do stylizacji fryzury podeszła do mnie kobieta, która na początku pokierowała mnie na te stanowisko.
-Jest niemową- powiedziała łagodnie i cicho, żeby chłopak nie usłyszał- ludzie z Kapitolu odcięli mu język, handlował zabronionym towarem.
Przyjrzała mi się dokładnie i zaczęła oglądać moje włosy.
-Masz bardzo ładne włosy, może........tak, tak zrobię- mówiła do siebie.
-Zdaję się na ciebie.
Po około godzinie byłam gotowa na wybór stroju. Nadal leżałam na zimnym blacie i czekałam na przyjście specjalisty.Nagle usłyszałam ciche kroki z każdą chwilą zbliżające się do mnie.
-Usiądź, proszę- zasugerował ciepły głos.
Wstałam i przed sobą ujrzałam chyba najbardziej normalna osobę jaką widziałam w Kapitolu. Miała jedynie złote usta i czarne serduszko obok oka.Jej proste, czarno krucze włosy sięgały niemal bioder, a brązowe oczy wpatrywały się we mnie, jakby z miłością. Na nogach miała ogromne glany, a ubrana była w białą, koronkową suknię.
-Patrzę, że Laura zrobiła dobrą robotę- zwróciła uwagę na uczesanie i przedstawiła się- jestem Robin.
-Elien- odpowiedziałam ściskając jej delikatna dłoń. 
-Mam mały pomysł co możemy zrobić- zasugerowała- zrobimy suknię ze zboża, ale taką co zmienia kolor z złotej na zieloną, a na końcu na lekko brązową.
-Naprawdę się na tym nie znam- uśmiechnęłam się.
-To tak zrobimy-powiedziała biorąc ze mnie miarę.




Vailith:

Peter wyskoczył jak poparzony z pociągu i poganiał wszystkich, by szybciej wejść do budynku. Wyjrzałam głową z wagonu i westchnęłam. Wokół rozbrzmiewał niewyobrażalny hałas, a  ludzie pchali się do pobliskiej areny, gdzie odbędzie się pokaz trybutów. Wolnym krokiem podążałam za Kolokfią i Shonną, wpatrując się w podłoże.Przecisnęliśmy się przez tłum gratulujących nam ludzi i weszliśmy bocznym wejściem do budynku. Wewnątrz krzątali się różni ludzi biegając z jednego w drugi kąt.
-Szybko, mamy mało czasu-ponaglał nas mężczyzna siedzący za niebieskim blatem, piłując paznokcie.
Kolokfia złapała mnie i Petera za rękę i zaprowadziła do oddzielnych pomieszczeń. Jedna z kobiet myjących ręce kazała mi przebrać się w niebieską pelerynę i położyć się na metalowym fotelu. Następnie odbyła się moja metamorfoza, na początku czyszczenie całego ciała, ale nie trwało to długo, bo byłam w prawie idealnym stanie. Po tym przyszedł czas na fryzurę, była prawie taka sama jaką mam codziennie.Wreszcie czas na wybór stylizacji. Czekałam chwilę, aż podeszła do mnie od tyłu jakaś osoba i wzięła mnie za rękę.
-Cieszę się, że mogę cię poznać- usłyszałam męski głos- jestem Coren, będę twoim stylistą.
Podniosłam się i moim oczom ukazał się wysoki chłopak z długimi blond włosami związanymi w kucyk. W prawej brwi lśnił czerwony kolczyk, a taki sam kolor miały też jego paznokcie.Był ubrany w srebrną bluzkę z poduszkami na ramionach i czarne spodnie z czerwonymi kwiatami na kostkach.
-Dowiedziałem się, że jesteś z dystryktu 4, czyli z dystryktu rybaków, tak?-zapytał ciepłym głosem.
Przytaknęłam głową i skuliłam nogi.
-Wcześniejsze stylizacje z innych lat przedstawiały błyszczące kiczem stroje rybaków-zaczął- nie wchodzę w to. Poszperałem trochę o was i dostałem inspiracji. W waszym morzu jest jedna z najgroźniejszych ryb na świecie i na podstawie jej wyglądu chce ci zrobić taki strój.
Przypatrzył mi się dokładnie, a ja skryłam swój wzrok wpatrując sie w podłogę.
-Nie jesteś taka jak inni z twoje dystryktu, ty nie chcesz tu być -zauważył- wiem też, że twoją mentorką jest Shonna, oglądałem ostatnio powtórki z jej igrzysk, nie popisała się. Rozmawiałem z nią kiedyś, wiem jaka ona jest. Będę pomagał ci jak tylko mogę, znam się na tym, bo widziałem powtórki wszystkich igrzysk i wiem jak się trzeba zachować.
Spojrzałam na niego ze wzrokiem mówiącym "dziękuję", a on powoli mnie przytulił. Zachowywał się jak starszy brat, którego nigdy nie miałam i nie tylko A teraz mam już dwóch mentorów i nie poddam się bez walki.

niedziela, 12 maja 2013

Rozdział 4

"Podróż donikąd" 
-Ym, przepraszam, ale koniec odwiedzin, musimy już jechać-do pokoju wkroczyła Kolokfia, wypraszając Maryl z pokoju.
Zaprowadziła mnie to drzwi przez które weszliśmy do budynku, a przed nimi czekał już na mnie Peter. Patrzył zdecydowanym wzrokiem i nie odczuwałam po nim strachu. Kolokfia szepnęła mi do ucha, że nikt do niego nie przyszedł, z jednej strony nie przejmowałam się tym za bardzo, jednak było mi go trochę żal w takiej chwili zawsze chce się mieć przy sobie kogoś bliskiego. Zachowywał się bardziej spokojnie niż przed dożynkami, jakby myślał, że nic się nie stało i jest to kolejny nudny dzień, ale dla mnie ,nie dzisiaj. Strażnicy pokoju wraz z Kolokfią, udali się schodami w górę, które prowadziły do drzwi. Za nimi krył się drewniany taras z widokiem na stację kolejową. Na dworze szalał zimny wiatr, dobiegający z nad wody, która oblewała prawie cały nasz dystrykt. Wyszłam na zewnątrz i wzięłam jeden głęboki oddech i zapatrzyłam się w horyzont. W jednej chwili moim oczom ukazał się mknący szynami w naszą stronę ekspres, który zatrzymał się przy pobliskiej stacji znajdującej się za jeziorem.
Zeszliśmy schodami na dół, a tam strażnicy pomogli nam przedrzeć się przez wiwatujący tłum ludzi patrzących na każdy mój ruch. Wcisnęliśmy się do auta i ruszyliśmy w stronę dworca. Po drodze Kolokfia opowiadała nam o dogodnościach jakie będą na nas czekać w Kapitolu, wymieniała się zdaniami z Peterem, a on zadawał jej najróżniejsze pytania. Nie zwracałam na to zbytniej uwagi, wolałam pomyśleć bardziej nad igrzyskami, nad tym co się będzie dziać na arenie, co potrafię i co może stać się użyteczne.
Zajechaliśmy na miejsce, na szczęście tam nie było tłumów tylko nieliczne osoby. Prowadzeni byliśmy przez Strażników Pokoju do starej, prawie opuszczonej , ale nadal sprawnej stacji.Na pierwszym peronie stał owy ekspres. Podeszliśmy do niego, wspięłam się po stromych schodach, a drzwi do przedziału same się otworzyły. Wewnątrz dominował kolor morski. W rogu wagonu stał długi, masywny stół na którym stały porcelanowe tace przepełnione słodyczami wraz z szklanymi butlami z przeróżnymi trunkami.Tuż obok stał troch mniejszy stolik, na którym w odróżnieniu od poprzedniego leżały wyroby mięsne i rybne.Gdy wkroczyliśmy do środka moim oczom ukazała się schowana za ścianką długa, szara sofa przykryta płachtą koloru miętowego.
-Czeka nas długa droga, trasa przez dystrykt 8 jest zamknięta, dlatego musimy jechać na około.-za informowała Kolokfia, widać było po niej, że stres przeszedł.
Podeszłam do stołu i puknęłam w szklany kieliszek.Kapitolijka na chwilę wyszła z pokoju, poszukać naszego mentora, pomyślałam, że może dobrze by było trochę poznać tego Petera.
-Słuchaj- wyprzedził mnie- nie zostałem wybrany po to by zaprzyjaźnić się z kimś, tylko, żeby wygrać.
-Nie myślisz, że przez tą pewność siebie sponsorzy się tobą za interesują?-zapytałam.
-A ty myślisz, że sobie nie poradzę, bez sponsorów- wziął jabłko z tacy i rozsiadł się na kanapie- nie jestem taki ja ty. Uczyłem się sztuki przetrwania i zabijania od małego, wiem o tym, że twój ojciec wszystkich okłamywał, mówiąc, że masz osobistego trenera.
Popatrzyłam na niego takim wzrokiem jakbym miała go zaraz zabić. 170 cm czystego zła. Nie wydawał się taki, miałam teraz mętlik w głowie, a on gryzł ze spokojem zielone jabłko. W jego oczach wyczytałam słowa "I co? Zatkało?".
Kłótnie przerwała nam Kolokfia ciągnąc z całej siły ciężkie drzwi do wagonu, wbiegła do środka a za nią nieśmiałym krokiem drobna kobietka. Na jej twarzy rysował się grymas, który pokazywał nam, że kobieta nie chce tu być.Jej nogi stawiając następne kroki delikatnie uginały się pod jej wątłym ciałem, ręce drżały trzymając w dłoni kilka małych czerwonych tabletek, a skóra była blada, ale w niektórych miejscach sina. Kobieta zatrzymała się, odwróciła od nas i powtórzyła coś do siebie pod nosem, zacisnęła dłonie w pieśni i zwróciła się do nas.
-Cześć, jestem Shonna, i jestem waszą mentorką- powiedziała i spojrzała na Kolokfię- już? wystarczy?
Kolokfia zrobiła znużoną minę i zaniemówiła.
-A więc tak, nie chcę być dla was za poważna i szczerze, nie mam zamiaru dzisiaj z wami rozmawiać, może jutro coś ze mnie wyciągniecie na temat igrzysk. Idźcie najlepiej spać, Dobranoc- pożegnała się-Kol, powiedz obsłudze, żeby przynieśli tatara do mojego pokoju, oni wiedzą o co chodzi.
Odwróciła się na jednej nodze i wyszła z wagonu. Żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć, usłyszałam tylko "dlaczego musiałem trafić na nią" co wydobyło się z Petera.
-A więc, ym, idźcie spać-dodała Kolokfia i ruszyła za Shonną.
No tak piękny koniec pięknego dnia.
Następnego dnia wstałam bardzo późno, ale to z powodu tego, że łóżka są tu najwygodniejsze na świecie. Weszłam do głównego przedziału, a tam czekali już na mnie Peter i Shonna. Chłopak był lekko zmieszany, a kobieta rozpromieniona.
-O kto zaszczycił nas swoją obecnością!- krzyknęła- siadaj, czekamy na ciebie.
Podeszłam niemrawym krokiem do stołu i usiadłam na najbliższym krześle. Przez chwilę zastanawiałam się co zjeść, ale mój wybór padł na jagnięcinę. Ukroiłam cieniutki kawałek kawałek, a następnie posmarowałam masłem chleb kładąc na niego plaster mięsa.
-A więc jakie macie pytania?- zaczęła.
- Jaka broń najbardziej może się okazać użyteczne- zaczął szybko Peter, jakby był się, że go wyprzedzę.
-Na arenie przyda się każda broń, ale mi najbardziej przydał się prosty scyzoryk.
-Niby jak udało ci się pokonać kogoś tym scyzorykiem- oburzył się chłopak.
-Tam nie liczy się jakość broni, trzeba tylko umiejętnie się nią posługiwać- odpowiedziała.
-A co se sponsorami- rozkręcił się Peter.
-Sponsorzy jak sponsorzy, też trzeba umieć ich zdobywać.
-Czyli?- dopytałam.
- Hmmm, podaj chleb- zmieniła temat Shonna.
-Chcę jeszcze wrócić do wcześniejszego pytania- wyczułam kłamstwo w ustach kobiety- ile osób zabiłaś?
-Podaj, proszę, ten cholerny chleb- zawróciła się do mnie i popatrzyła na mnie srogim wzrokiem.
-Ile?- powiedziałam tym razem bardziej stanowczo.
-Chcecie prawdę?-zapytała ironicznie- Prawda jest taka, że nie zabiłam nikogo. Wygrałam te igrzyska przez ukrywanie się, ludzie o mnie zapomnieli i przez to, nikt mnie nie ścigał. Ukrywałam się w jaskiniach na drzewach, kamuflując się. O tej sztuce mogę wam mówić godzinami, ale nie pytajcie mnie o broń, sponsorów. Nie doświadczyłam tego, nie znam się na tym.
Wstała od stołu i poszła do swojego pokoju mijając się w przejściu z Kolokfią. Oszołomiona zrobiła piruet wiodąc oczami za Shonną. Następnie podeszła do nas i powiedziała:
-Witamy w Kapitolu!
Peter biegiem wstał z krzesła i podbiegł do okna, ledwo nie przewracając się po drodze. Przewróciłam oczami i z miejsca spojrzałam w szybę. Przejeżdżaliśmy teraz przez najbardziej zatłoczoną ulicę w centrum Kapitolu, na której zebrał się tłum ludzi by nas zobaczyć. W okół stało mnóstwo olbrzymich budynków, które prawie sięgały nieba, obok nas mknęły szybkie auta,które w niektórych miejscach tworzyły kilometrowe korki. Na ulicy, przy sklepach, w galeriach gromadzili się przedziwni ludzie. Niektórzy mieli kolorowe włosy, metrowe paznokcie inni operacyjnie wydłużone rzęsy, nitki złota w skórze, a jeszcze inni pióropusze w włosów i z egzotycznym zwierzęciem na ramieniu. Oczywiście wszyscy ubrani byli w niecodzienne kreacje, które, wydawało mi się, tworzył pijany projektant. Uśmiechali się do nas i machali nam, powoli podążając za pociągiem.
-To jest codzienność w Kapitolu- za informowała Kolokfia- teraz wszyscy kierują się na plac defilad, gdzie odbędzie się pokaz trybutów.
-Nic o tym nie słyszałem!- zbuntował się Peter.
-A tak, zapomniałam wam powiedzieć- zaśmiała się- Wieczorem odbędzie się pokaz trybutów, tam całe Panem dowie się o was. Wcześniej jednak przejdziecie małą metamorfozę, czyszczenie i wybór stroju.
-Czyszczenie? Metamorfoza?-dopytałam.
-Na miejscu wszystkiego się dowiecie-zakończyła i ledwo nie przewróciła się na swoich wysokich szpilkach, gdyż pociąg się zatrzymał- O już jesteśmy!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Następny post będzie pisany z dwóch perspektyw i na końcu pojawią się w nim wszyscy trybuci jacy będą brać udział w igrzyskach. I jeszcze będę dopisywać na początku rozdziału z czyjej perspektywy mówię, bo teraz może się to trochę pomieszać.

NOWA POSTAĆ W KARCIE: BOHATEROWIE



sobota, 4 maja 2013

Rozdział 3

"Inny świat"
-Zbieramy się, zbieramy, zaraz pociąg nam odjedzie- słyszałam głos Aviry z korytarza.
Zastanawiałam się co się dzieje teraz u Diruca, nie zdążyliśmy nawet porozmawiać.Widziałam, że przejął się tym wyborem o wiele mocniej niż ja. Mam nadzieję, że nie wpadnie w jakąś depresję.
-Kochanie, czemu jeszcze nie na dole, ruchy, ruchy-rudowłosa zajrzała do mojego pokoju i pokierowała mnie na dół.
Delikatnie stąpałam po drewnianych schodach, które skrzypiały pod moimi stopami. Koncentrowałam  się teraz na wszystkim, nawet na chodzeniu.Schody wydawały się dla mnie jakby nie miały końca. Już na ostatnich stopniach zorientowałam się, że czeka już na mnie Diruco.Zeskoczyłam ze schodów i pobiegłam do chłopaka, uwiesiłam mu się na szyi, a on przez chwilę wydawał się odrętwiały, jakby nie wiedział co się stało.Spojrzałam mu w oczy, były przepełnione pustką, zachowywał się inaczej niż zawsze, był w ogromnym szoku.Ze smutkiem odwróciłam się plecami do niego przygryzając dolną wargę.Nie spodziewałam się tego, ale w jednej chwili Diruco oplótł swoje ręce o moją talię, a głowę położył na moim ramieniu.Złapałam go za dłoń, była zimna, jak u trupa, a skóra była szorstka.
-Dobrze, możemy jechać-przerwała Avira wchodząc do holu- O to wspaniały pomysł zrobimy z was parę!
-Ym, nie wiem czy zauważyłaś, ale jesteśmy parą-zwróciłam jej uwagę.
-O to cudnie!-promieniała radością .
Kobieta spojrzała na zegarek i ruszyła ciasnym korytarzem w stronę bocznego wyjścia, zrozumieliśmy, że musimy podążać za nią.Korytarz był wąski i ciemny, a na jego końcu paliła się mała, stara żarówka, która nie do końca rozświetlała długi hol.Na jego końcu znajdowały sie drzwi, które prowadziły do stacji kolejowej.Wyszliśmy z budynku i ujrzeliśmy tłum ludzi wpatrujących się w nas. Niektórzy pchali się do przodu, inni płakali, a jeszcze inni, zachowywali kamienną twarz. W tłumie zauważyłam Ksaniela i moją matkę stojących obok strażników pokoju, którzy robili barierę.Poczułam jak łza spływa mi po policzku, szybko ją wytarłam i dalej szłam przed siebie, jakby nic się nie stało. Wskoczyłam do pociągu i otworzyłam pierwsze drzwi jakie przed sobą miałam. W środku było wszystko to czego nigdy nie doświadczyłam np. drogie ciasta, fotele ze skóry, masywne stoły wykonane z najdroższych drzew oraz owoce, których nigdy w życiu nie widziałam.
-Usiądźcie na razie, porozmawiajcie spokojnie, a ja zawołam waszego mentora- oświadczyła Avira i udała się do kolejnego wagonu.
Rozsiadłam się na wielkiej ,skórzanej sofie, a Diruco usiadł na czerwonym fotelu obok.Przez chwilę panowała nerwowa cisz, ale postanowiłam ją przerwać.
-Dlaczego w ogóle sie do mnie nie odzywasz? Chyba mamy jeszcze o czym rozmawiać, prawda?
-....-zastanowił sie przez chwilę i kątem oka spojrzał na mnie- to nie jest takie proste. Musimy sobie zdać z tego sprawę, że nie wrócimy już tutaj. Próbuję sobie to uświadomi, ale nie mogę się z tym pogodzić, że mogę widzieć cię ostatni raz w życiu.
Wyciągnęłam się i pocałowałam go w policzek. Pierwszy raz od wyboru trybutów nie widziałam uśmiechu na jego twarzy, aż do teraz. Siedząc tak prawie nie usłyszeliśmy otwierających się drzwi. Ale odgłos stukających obcasów zwrócił mój wzrok w kierunku miejsca skąd wydobywał się hałas.
-Kochani, oto jest wasza mentorka Marnie -powiedziała Avira, a zza jej pleców wyłoniła się starsza, lekko zgrabiona babcia.
Kobieta miała blond włosy, z siwymi przebłyskami, ubrana była w białą,koronkową suknie, a na to założoną miała kremowy żakiet, natomiast na jej głowie widniał złoty kapelusz przyozdobiony białymi kwiatami. Marnie podpierając się o laskę, podeszła do nas i usiadła koło mnie na sofie.
-Wiem co sobie teraz myślicie, jak taka staruszka może nam pomóc przetrwać, pewnie ledwo pamięta co w tej chwili możemy czuć-mówiła.
-Ale, my ...-zaczęłam się tłumaczyć.
-Tak wiem, ale tego uczucia nie da się zapomnieć.Będzie ono z wami przez całe życie, brałam udział w X igrzyskach, ale nadal pamiętam ten strach, kiedyś nie było ograniczenia wiekowego, w igrzyskach  mogli brać ludzie w różnym wieku-opowiadała- gdy wybrali mnie na trybuta miałam 30 lat, teraz mam 61.
Słuchaliśmy Marnie z zapartym tchem, opowiadała nam o swym uczestnictwie w igrzyskach, na twarzy Aviry rysował sie grymas, który dziwnie podniósł mnie na duchu i dopingował do zadawania pytań. Nawet nie zauważyłam, jak czas szybko minął i nagle usłyszałam piskliwy głos Aviry:
-Jesteśmy już w Kapitolu, no kochani chodźcie się przywitać, trzeba sobie czymś zaskarbić uwagę widzów, chcecie przecież jak najdłużej przeżyć.-powiedziała ironicznym tonem.
Wstałam szybkim ruchem z kanapy i podeszłam do szyby.Poza pociągiem rozciągało sie wielkie, błękitne morze. Woda była tak czysta, że widać był piasek, nawet w najgłębszych miejscach. Pociąg był tak szybki, że kiedy Diruco znalazł się przy mnie widział już  stację podziemnego metra. Pojazd na chwilę sie zatrzymał, moim oczom ukazali się kapitolończycy, pchający się by nas zobaczyć, z różnych stron migało światło aparatów, a ludzie cieszyli się i machali do nas, wkładając to szpary na górze szyby prezenty. Schyliłam sie i otworzyłam jeden z nich, a w nim znajdował się naszyjnik zrobiony z zwykłego,skórzanego sznurka i zębem krokodyla na końcu. Założyłam go i zaczęłam machać do tłumu. Najwidoczniej wpadli w zachwyt i zaczęli bić brawo.
-Dobrze ci idzie-powiedziała na uśmiechu Avira.
-Rób tak dalej, wiem, że ci się to może nie podobać, ale sponsorzy to najlepsza rzecz jaka może cię spotkać w trudnych sytuacjach-podsumowała Marnie. Ona naprawdę zna się na rzeczy, chociaż nie widać tego po niej.
Po paru minutach znaleźliśmy się już na miejscu, w hotelu dla trybutów.Był on wysoki na 12 pięter, każde piętro reprezentuje dany dystrykt, chodzi tu o kolorystykę dominującą, np. w dystrykcie 1 dominuje czerwień, w dystrykcie 4 największe zapotrzebowanie jest na kolor niebieski, a w naszym na kolor żółty, i złoty.Weszliśmy do budynku, a Avira zaprowadziła nas do windy. Wjechaliśmy nią na 9 piętro, drzwi się otworzyły, i zobaczyłam wspaniały apartament.Na środku stała wielka żółta kanapa, która była na wprost ogromnego telewizora, na podłodze ścielił się kremowy dywan ze złotymi frędzlami, na lewo do góry po schodach znajdowała się jadalnia odgrodzona od salonu kłosami zbóż zasadzonymi w długiej białej donicy, a na prawo, widniały 4 drzwi prowadzące do oddzielnych pokoi.Na końcu, w rogu, były też szklane wrota za którymi można było zobaczyć taras. Wszystkie ściany i podłogi były lekko beżowe, a poduszki, małe fotele, komody, stoliki i krzesła były w kolorze białym.W okół było również wiele innych bibelotów, o których nawet trudno opowiadać.
-Za chwilę wyruszamy na paradę trybutów, przyjechaliśmy trochę wcześniej, ale i tak mamy mało czasu-powiedziała Avira.-Rozgośćcie się i czujcie jak u siebie w domu.
Jak u siebie w domu.... to dużo powiedziane.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
NOWA POSTAĆ W KARCIE:  BOHATEROWIE

sobota, 27 kwietnia 2013

Rozdział 2

"Dzień, zwykły dzień..."
-Vailith nie grab się, siedź prosto-powiedziała pani Bellevue wkładając sobie następny kawałek ryby znajdujący się na widelcu, do ust.
-Zaraz wychodzimy, pośpiesz się- ponaglał ojciec.
Siedziałam teraz w wielkiej sali, która na ogół służy nam jako jadalnia, ale czasem zamienia się w salę spotkań, małych balów.Był poranek, a ja jadłam śniadanie, jak zawsze pieczony okoń. Nie odczuwałam dzisiejszego dnia nadzwyczaj szczególnie, jak dla mnie jest to dzień.............jak co dzień.
Zdjęłam chustkę z kolan i podałam Maryl, która podbiegła do mnie na swoich krótkich nóżkach, stukając obcasami w kafelki zrobione z najdroższego tworzywa jakie można znaleźć w dystrykcie 1.
-Idziemy?-zapytał ojciec podając ramię pani Bellevue, a ona je ujęła i ruszyli do wyjścia. 
-Vailith, idziesz?-zapytała wzniosłym tonem szczerząc swoje białe zęby.
-Do gonie was-odparłam.
Błądziłam widelcem po talerzu zamyślając się dlaczego, dlaczego moja matka musiała odejść do innego i zostawić mnie z tą żmiją.Pamiętam jak tłumaczyła mi, że jeśli pójdę z nią będziemy wiązać koniec z końcem, a jeśli zostanę będę miała dogodne życie.Obiecywała, że jak trochę się podniesie z jej sytuacji, to zabierze mnie stąd, ale jak na razie nie przeczuwam, że to się stanie.Pewnie myślicie, że moja macocha jest idealną kobietą, schludną, dobrze ubraną, miłą i tak dalej, jesteście w wielkim błędzie. Stara się ona pokazać mojemu ojcu, że niby bardzo mnie kocha, a ja ją. Ja osobiście uważam, że ona jest z tatą, tylko dla jego pieniędzy, sama jest bezrobotna i żyje tylko na jego utrzymanie.
-Vail, radzę ci się zbierać, strażnicy nie lubią spóźnień-powiedziała Maryl sprzątając po śniadaniu.
-Pomogę ci- za proponowałam.
-Nie trzeba, to jest moja praca- obdarowała mnie swoim ciepłym uśmiechem.-chcę tylko tego żeby nic ci si nie stało, pamiętaj, że masz mnie.
Odwzajemniłam uśmiech i wybiegłam z domu.Maryl zawsze zastępowała mi matkę, to ona jest tą osobą, przez którą jeszcze nie uciekłam z tego domu.Zawsze mi pomagała i przy niej czułam się lepiej.
Droga na Plac nie była wcale taka długa, musiała przejść tylko przez most i już stamtąd można było zauważyć pożółkłe flagi przywiezione dawno temu z Kapitolu. Z trudem poruszałam się w kremowej sukni, uszytej przez Lolitę, jedną z najlepszych krawcowych w Panem. Kupiłam ją na targu znajdującym się pod owym właśnie mostem. Są tam osuszone, ogromne studzienki, dlatego ludność postanowiła stworzyć tam targ, Kapitol stanowczo zabrania takich zbiorowisk, dlatego chowamy się jak możemy. Ojciec zabrania mi tam chodzić, mówi, że to nie przystoi osobom urodzonym z tak znamienitego rodu jak nasz, ale ja uważam, że niczym nie różnimy sie od innych, chyba jestem jedyną osobą o takich odczuciach.
Powoli zbliżałam sie do kolejki na zapisy, chwilę w niej postałam gdy wreszcie nadeszła moja kolej. Ukłucie nie było dla mnie bolesne, przyzwyczaiłam się przez te kilka lat. Wolnym krokiem ruszyłam do wyznaczonego dla mnie sektoru i ustałam obok małej blondynki cieszącej się i skaczącej. Wokół mnie panowało niezmierne poruszenie, każdy wymieniał po cichu swoje poglądy i wymieniali się zdaniami kto zostanie trybutem w tegorocznych igrzyskach.
Ludność nawet nie zauważyła, że na scenę weszła wysoka kobieta próbująca zawrócić na siebie uwagę.
Przysunęła się na mikrofonu, dwa razy w niego puknęła i powiedziała:
-Ym, jestem Kolokfia Ferenchaif- przedstawiła się- i serdecznie wszystkich was witam na tegorocznych dożynkach!
Uradowanie ludzie klaskali, nie mogąc się doczekać wyboru trybutów.Chyba byłam jedyną osobą na Placu, która bała się tego wyboru, dla każdego innego był to zaszczyt, duma, wszyscy chcieli nim być.Ja odczuwałam jak ściska mnie żołądek, wiedziałam, że nie przeżyje na arenie.
-No więc, hmmm,zabierzmy się za losowanie.- ciągnęła.
Powiodła swoje zgrabne, długie nogi do pierwszego naczynia, z niego wyciągnęła zmiętoloną kartkę, rozłożyła i przeczytała:
-Peter Monachim!
Obejrzałam się i zobaczył uradowanego chłopaka, szedł w stronę podestu, podając po kolei każdemu dłoń. Miał ciemne włosy, które sterczały na wszystkie strony. Na pierwszy rzut oka, był trochę młodszy ode mnie, ale pamiętam go, jak biegał zawsze rano wokół całej wioski.Nie znałam go za bardzo, ale kiedyś udało mi się wymienić z nim dwa słowa.
 Wbiegł szybkim ruchem po schodach i ustał obok Kolokfii, pogratulowała mu i zabrała się za wybranie mu towarzyszki. Jej ręka powędrowała do szklanej kuli, a tam sięgnęła dna i złapała małą karteczkę. Kobieta popatrzyła na publiczność, a następnie na kartkę, którą otworzyła.
-Vailith Bellevue!- wykrzyknęła i rozejrzała się po publice.
Osoby przede mną odwróciły sie i zaczęły klaskać.Odgrodzili mi drogę przejścia i każdy wiwatował.Moje nogi przez chwilę odmówiły posłuszeństwa i chciały uciekać, ale wiedziałam, że nie mogę. Zdecydowanym krokiem szłam przed siebie przyjmując gratulacje, od wcale nieznanych mi ludzi. Uśmiechy na ich twarzach mnie dobijały.Wspięłam się na górę sceny i podeszłam do Petera. Dopiero teraz zauważyłam, że jest ode mnie niższy,aż o głowę.Kolokfia wzięła nasze ręce i podniosła do góry.
-Peter i Vailith- trybuci 4 dystryktu!- powiedziała.
Odwróciliśmy się i skierowaliśmy się do wielkiego budynku, gdzie strażnicy pokoju zaprowadzili nas do przydzielonych nam pokoi. Mój był bardzo podobny, do pokoju w moim domu. Pełen  bibelotów, rozświetlony, i po prostu drogi. Myślałam, że nikt mnie nie odwiedzi, ale drzwi nagle sie otworzyły, a w nich stanęła Maryl. Podbiegła do mnie, pocałowała mnie w czoło i pogłaskała po głowie.
-Dowiedziałam się z radia-przytuliła mnie- nie martw się, jakoś to będzie.
-Nie boję się, mam po prostu mętlik w głowie- usprawiedliwiłam się.
Chyba już wiem, dlaczego tak jest. Cały mój dystrykt zaczynał naukę posługiwania się bronią od dziecka, ale mój ojciec chciał, żebym miała jak najlżejsze dzieciństwo, dlatego odwołał moja uczestnictwo w szkole treningowej, a wszystkim mówił, że mam osobistego trenera. To była bajeczka wymyślona przez Karisę, żeby inni nie plotkowali, o tym, że nie umiem posługiwać się nawet nożem.Taka jest niestety prawda, umiem jedynie tworzyć haczyki z byle czego, ale to nie pomoże mi przetrwać na arenie. Eh, a ja głupia myślałam, że będzie to dzień, zwykły dzień...

Kolokfia Rawen